15 rzeczy, które irytują mnie w Irlandii

Irlandia to całkiem przyjemne miejsce do życia. Nie idealne, ale – póki co – plusy przeważają na tyle, żebyśmy nie planowali powrotu do Polski w najbliższym czasie. Oczywiście zielona wyspa ma też swoje minusy – niektóre z nich są drobiazgami, które szybko zaczynamy ignorować, albo z którymi uczymy się żyć, ale jest też kilka aspektów życia w Irlandii, które wciąż potrafią mnie mocno zirytować, nawet po ponad dwóch latach pobytu w tym kraju. Niektórym z nich poświęciłem już osobny wpis, więc nie będę się rozpisywał, ale kilka rzeczy jest nowych. Stare, czy nowe – oto i one: minusy mieszkania w Irlandii w moim małym, subiektywnym podsumowaniu!

Dwa krany

Temu tematowi poświęciłem już krótki, osobny wpis. Jest to coś, co irytuje mnie tak bardzo, że nawet nie mam ochoty o tym drugi raz pisać. Na szczęście do większości nowych mieszkań dotarła już cywilizacja, więc problemu da się uniknąć. Jeśli ktoś nigdy nie widział tego wynalazku (szczęśliwcy!), załączam zdjęcie:

Dwa krany w umywalce

Powód dla którego tu i ówdzie spotyka się tu jeszcze dwa krany jest mi znany i powstał już kiedyś o nim wpis, ale nie zmniejsza to niestety mojej irytacji, kiedy przychodzi mi z tego wynalazku korzystać.

Brak gniazdek w łazience

Skoro już jesteśmy w łazience… Kolejna rzecz na mojej liście to brak gniazdek w łazience. Nie ma, i już. To znaczy są, jest, ale tylko jedno, bardzo specjalne – gniazdko służące do podłączenia maszynki do golenia, nazywające się po tutejszemu „electrical shaver socket”, często wchodzące w skład lampki nad umywalką. Tu przykład gniazdka „samodzielnego”:

shaver_socket_in_white

Naturalnie podyktowane jest to względami bezpieczeństwa, ale umówmy się – jak często słyszycie o wypadkach, w których „winnym” był prąd w łazience? Jeśli takowe się zdarzają, to na ogół nie dlatego, że ktoś chlapnął na gniazdko trzema kroplami wody, ale np. dlatego, że trzymał permanentnie podłączoną do gniazdka suszarkę na półce bezpośrednio nad wanną i pewnego dnia, podczas kąpieli, niechcący strącił tę suszarkę do wody. Kłóciłbym się jednak, czy „winne” jest tu rzeczywiście gniazdko, czy zwykła głupota użytkownika.

Samozamykające się drzwi

Oczywiście nie chodzi tu o drzwi do budynków, ani nawet drzwi do mieszkań. Chodzi o drzwi wewnątrz mieszkań – takie do kuchni, pokoju, sypialni. Nie widzieliście takich? Zapewnie ktoś wymontował z nich mechanizmy samozamykające, bo też go irytowały, ale musicie wiedzieć, że w Irlandii tego typu rozwiązania są w mieszkaniach obowiązkowe! Nie irytowałoby mnie to tak bardzo, gdyby nie fakt, iż w większości mieszkań, szczególnie tych pod wynajem, używany jest najtańszy możliwy mechanizm, czyli metalowy łańcuch na sprężynie, który wygląda bardziej jak narzędzie tortur, niż coś, co ma zapewniać bezpieczeństwo:

closing

Drzwi zamykane z jego pomocą zamykają się bardzo (naprawdę bardzo) szybko i z dużą siłą – taką, która wystarczyłaby do złamania ręki dorosłego, nie mówiąc już na przykład o główce dziecka (co usiłował sprawdzić nasz syn w ciągu pierwszych 10 minut od zamontowania łańcuchów przez landlorda; szczęśliwie stałem obok). W moim odczuciu ryzyko pożaru jest nieporównywalnie mniejsze niż ryzyko związane z używaniem takiego mechanizmu, dlatego wymontowałem je niezwłocznie po opuszczeniu mieszkania przez landlorda. O ile samozamykające się drzwi mógłbym z bólem (nomen omen!) przeżyć, o tyle ten konkretny mechanizm jest dla mnie nie do zaakceptowania. Rzecz jasna te mechanizmy są montowane nie po to, by drzwi trzymać otwarte za pomocą np. zwiniętej gazety – to także jest zakazane.

Sprawa jest dość kontrowersyjna nawet dla samych Irlandczyków, co widać na forach dyskusyjnych, takich jak to (akurat UK, ale tam przepisy są podobne), czy to. Ponoć urazy spowodowane przez takie drzwi są plagą szczególnie w domach opieki, gdzie starsze osoby nie zawsze mają dość siły czy ostrożności, żeby sobie z tym ustrojstwem poradzić. Jak dla mnie – brzmi wiarygodnie.

No i na koniec, pomijając już nawet kwestie bezpieczeństwa: nie wiem kto chciałby mieszkać w mieszkaniu, w którym wszystkie pomieszczenia są od siebie oddzielone zamkniętymi drzwiami przeciwpożarowymi. Ja nie.

Pogoda

Pogoda w Irlandii nie jest tak tragiczna jak głoszą legendy, ale do najlepszych nie należy. Mnie osobiście najbardziej doskwiera wiatr – wieje codziennie, wieje nieustannie, wieje z każdej strony. Wieje do tego stopnia, że jak przestanie wiać, to człowiek się czuje jakby był w jakimś pół-śnie – nagle robi się cicho, nic nie szumi bez przerwy w uszach. Naturalnie wiatr to nie wszystko – jak wieje, to zwykle po to, żeby mogło nam zacinać deszczem prosto pod kaptur (zapomnijcie o parasolce!). Nie pada aż tak często, jak mogłoby się wydawać, ale jak już pada, to pada obficie. No i pada „seriami” – bywają dwa-trzy tygodnie pod rząd bez deszczu, ale potem przychodzi taka pora jak teraz, kiedy pada przez dwa tygodnie bez przerwy, a człowiek tylko suszy buty i narzeka. Przy tym wszystkim temperatura to pikuś – owszem, tęsknię za temperaturami powyzej 23 stopni celsjusza (tutaj zdarza się taka raz w roku, a więcej niż 20 jest może przez dwa tygodnie w ciągu roku; 16-18 stopni to norma w „ciepły” dzień), ale z drugiej strony cieszy mnie brak koszmarnych upałów (powyżej 30 stopni), jak i mroźnych zim. Coś za coś.

Droga do wynajęcia mieszkania

Temat poruszany wcześniej, ale dodam tu tylko, że teraz jest chyba jeszcze gorzej, bo mieszkań jest mniej i są jeszcze droższe. Oczywiście rynek rynkiem – można przeżyć – ale najgorsza część tej całej „zabawy” to „casting” na lokatora. Tak czy inaczej – gotuje się we mnie na myśl o ewentualnej przeprowadzce ;-)

Absurdalne ceny nieruchomości i ich stan

Temat rzeka. Niezależnie, czy myślimy o wynajmie, czy o zakupie, większość nieruchomości w Irlandii boryka się z tymi samymi problemami, a najistotniejszymi z nich są…

Przede wszystkim w oczy rzuca się rozmiar tychże – w okresie „boomu” budowlanego wszystko co miało dach i ściany sprzedawało się na pniu, nie dziwi więc, że z braku odpowiednich regulacji (nie żebym był ich zwolennikiem, ale skoro klienci sami nie potrafią zadbać o jakość tego, co kupują, tylko w owczym pędzie biorą z pocałowaniem ręki co tylko się trafi…) w Irlandii powstała cała masa mieszkań i domów o powierzchni, która każdemu trzeźwo myślącemu człowiekowi wydaje się nieadekwatna do ilości pomieszczeń w tejże nieruchomości. Nie jest niczym wyjątkowym mieszkanie z jedną sypialnią o powierzchni 30-32 metrów kwadratowych (kuchnia to dwie szafki i lodówka, sypialnia mieści łóżko, szafkę nocną i niewielką szafę na ubrania, a o jakiejkolwiek powierzchni do przechowywania czegoś więcej niż ubrania możemy zapomnieć) albo „duże” mieszkanie z trzema sypialniami, z których każda ma 6-8 metrów kwadratowych powierzchni. W przypadku domów problem nie jest tak ewidentny, bo jednak co dom, to dom, ale kiedy czytam o „posiadłościach”, które mają 3-4 sypialnie, a ich powierzchnia nie przekracza 80-90 metrów rozłożonych na dwóch piętrach (ile z tego zajmują korytarze i schody?), to coś mi nie pasuje… Nie bez powodu takie „rezydencje” nazywane są pieszczotliwie „pudełkami na buty” („shoeboxes”).

Drugi problem to jakość. Nie licząc pojedynczych mieszkań, na ogół tych ulokowanych w „środku” bloków mieszkalnych (otoczonych innymi mieszkaniami), nieruchomości w Irlandii są zimne. Od okien ciągnie tak, że przy braku miejsca w lodówce można postawić jedzenie na parapecie i mała jest szansa, że coś mu się stanie przez dzień lub dwa. Do tego wszędzie rozlokowane są – z racji panującej wilgoci – nieduże otwory wentylacyjne, które jeszcze bardziej ułatwiają wymianę ciepła z otoczeniem. Drzwi wejściowe także do szczelnych nie należą. W domach dochodzą do tego otwarte kominki. My szczęśliwie wynajmujemy teraz bardzo ciepłe mieszkanie, ale ciągle pamiętamy nasze poprzednie, w przyziemiu, gdzie mimo ciągłego grzania i wysokich rachunków ciągle było chłodno, a chodzić boso nie dało się nawet  w środku lata.

Wilgoć i grzyby. Długo by pisać – czarny grzyb na ścianie w okolicy okien to norma. Należy kupić coś do walki z nim i się nie przejmować, bo szkoda na to zdrowia. Gorzej, że często grzybem zarośnięte są także łazienki, kuchnie i inne miejsca, które powinny być w nieco lepszym stanie. Co gorsze, powszechność grzyba sprawia, że właściciele mieszkań nawet się nim nie przejmują i nawet kompletnie zagrzybione mieszkanie potrafi kosztować majątek.

Koniec końców – ceny. Kiedy przyjechałem do Irlandii mieszkanie z dwiema sypialniami (niemal identyczne do tego, które wynajmujemy obecnie), kosztowało 1200 EUR miesięcznie. Obecnie cena minimalna to 1400-1450 EUR, a pojawiają się już ogłoszenia za znacznie więcej. Ceny zakupu są nieco bardziej stabilne, ale w perspektywnie 2-3 lat również poszły w górę – zakup wspomnianego mieszkania (lub bardzo podobnego, na tym samym osiedlu), to wydatek ok. 340-360 tys. EUR. Wystarczy zestawić to ze średnią zarobków w Irlandii (ok. 35 tys. EUR rocznie brutto, tj. 28 tys. EUR netto) i kosztami życia, żeby zobaczyć jakim wyczynem jest zakup własnego lokum na Zielonej Wyspie. Nawet pracując w lepiej płatnym zawodzie i kupując mieszkanie w nieco mniej atrakcyjnej lokalizacji (270 tys. EUR, na ten przykład) dalej musimy rozbić świnkę skarbonkę, albo uwiązać sobie u szyi bank na kolejne 30-35 lat.

Pająki

Mniej uciążliwe odkąd mieszkam na drugim piętrze, kilka metrów od najbliższych roślin, ale dalej irytujące, bo za pająkami nikt w mojej rodzinie nie przepada. Wcześniej, kiedy mieszkaliśmy na parterze, początek sezonu grzewczego oznaczał początek pielgrzymek stawonogów do naszego mieszkania celem ogrzania się. Jak powszechnie wiadomo w Irlandii nie ma zimy, która by mogła skutecznie ograniczyć populację tego typu stworzeń, więc rosną one duże i dorodne. Szcześliwie jest spray dostępny np. w Tesco, który rozwiązuje problem dość skutecznie, ale nie zmienia to faktu, że pająków widziałem w naszym mieszkaniu więcej, niż w podobnym okresie czasu w Polsce, kiedy mieszkałem jeszcze w domu z ogródkiem (a te które tam widziałem, to głównie chuderlawe kątniki, a nie spasione Irlandzkie bydlaki).

Domy z ładnym frontem i szarymi bocznymi ścianami

Zdjęcie powie więcej niż tysiąc słów. Niby ma to sens (czyt. jest praktyczne), ale to trochę tak jakby na rozmowę kwalifikacyjną na Skype ubrać się  w koszulę i krawat, ale nie założyć spodni i przed komputerem zasiąść w samych slipach. Całkiem ładny front i szaro-biały, dwukolorowy bok:

Dom z szarym bokiem

Wiem, nie moja sprawa, niech sobie każdy ma taki dom jak chce… Ale takie coś godzi w mój zmysł estetyczny i brutalnie poniewiera moim pedantyzmem, więc nie mogłem nie umieścić tej pozycji na liście. Jestem przewrażliwiony? ;-)

Przy okazji na zdjęciu widać jeszcze jeden niezrozumiały dla mnie wynalazek Irlandzki: okno otwierane na zewnątrz, ale jako że nigdy nie musiałem z takowego korzystać (ani go myć! szczególnie takiego na drugim albo trzecim piętrze), to nie umieściłem go na mojej liście.

Beton albo żwir przed wejściem do domu (zamiast trawy)

Kolejna pozycja z cyklu „a co Cię to obchodzi”. No niestety, obchodzi, bo o ile naprawdę podobają mi się tutejsze domy, o tyle boli mnie, kiedy patrzę na to, co przed nimi, bo niektórzy Irlandczycy mają paskudny zwyczaj wylewania całej przestrzeni przed domem betonem, brukowania jej albo zasypywania żwirem. Wygląda to na przykład tak:

Dom beton

Dla porównania druga połówka tego samego bliźniaka:

Dom trawa

Widać różnicę? Ja nie mam wątpliwości w którym domu wolałbym mieszkać. Oczywiście rozumiem względy praktyczne (parking), ale litości…

Mieszkania / niby-domy z gigantycznymi schodami

Ponownie, zdjęcie poglądowe na początek:

rco

Zdecydowane minusy to dużo chodzenia, brak windy (świetna opcja dla osób starszych, albo matek z dziećmi), średnio atrakcyjny wygląd; plusów nie stwierdzono.

Chleb

Lub to, co chlebem nazywają Irlandczycy. O ile paskudne, gumiaste pieczywo tostowe jestem jeszcze w stanie w drodze absolutnego wyjątku zrozumieć (po upieczeniu robi się zjadliwe, chociaż dalej nie jest nawet blisko tego, co klasyfikuję jako „jedzenie”), o tyle to coś, co nazywa się „soda bread” nie mieści się w żadnej kategorii spożywczej. Kupiłem ten wynalazek tylko raz, przy okazji pierwszych zakupów w Irlandii i choć postanowiłem nigdy więcej tego błędu nie popełnić, moje wspomnienie o śmierdzącym zdechłą rybą, suchym, sypiącym się i gorzkim w smaku chlebie jest ciągle żywe. Gdybym nie miał możliwości pieczenia własnego chleba, to musiałbym z chleba zrezygnować – jedzenie soda bread nie byłoby alternatywą.

Alkohol można kupić tylko w określonych godzinach

Tak, tak, zupełnie jak za PRL, prawda? Różnica jest taka, że w Polsce godziną „zero”, od której sprzedaż alkoholu była dozwolona, była godzina 13, a w Irlandii jest to 10:30 od poniedziałku do soboty oraz 12:30 w niedzielę (pewnie po to, żeby przypadkiem komuś nie przyszło do głowy kupić alkoholu w drodze na mszę, olaboga!). Górna granica to natomiast 22:00 – studencie, zapomnij o dokupieniu flaszki, jeśli zapasy imprezowe wyczerpały się zbyt wcześnie.

Jaka jest idea stojąca za tego typu przepisami? Zabijcie mnie, nie wiem – być może ustawodawca miał złe doświadczenia z domu rodzinnego i myśli, że ludzie nie kupują alkoholu „na później”, tylko opróżniają całą butelkę minutę po odejściu od kasy…. Pomijając czysto „wolnościowy” aspekt tego typu ustaw, który doprowadza mnie zwykle do białej gorączki (dorosły człowiek nie może kupić legalnie dostępnego produktu w określonych godzinach, bo ustawodawca wie lepiej i traktuje obywateli jak dzieci, którym trzeba coś ograniczać „dla ich dobra”, bo 0.01% z nich chodzi „napruty” od 8 rano po centrum miasta), nie bolą mnie one tak bardzo – alkohol pijam raczej okazjonalnie, zwykle mam też chociaż ćwierć butelki whisky w zapasie, na wypadek jeśli najdzie mnie niespodziewana ochota na małą szklaneczkę. Od strony „organizacyjnej” – da się przeżyć.

Tym, co jednak irytuje mnie w tym idiotycznym przepisie najbardziej jest to, że odnosi się on także do dostaw zakupów spożywczych robionych online. Oznacza to dokładnie tyle, że jeśli zapraszam gości w sobotę na wieczór i chcę zamówić na rano dostawę z Tesco, w której skład wejdzie np. butelka Jamesona, to nie mogę poprosić o przywiezienie takiego „zestawu” na 8-10 rano. Muszę albo kupić alkohol osobno, albo wybrać „slot” 10-12, a wszelkie nasze przygotowania do imprezy (gotowanie itp.) są opóźnione na starcie o ok. 2 godziny, bo zachciało mi się zamówić pół litra napoju procentowego. Paranoja.

Brzydkie i zatłoczone centrum Dublina

Centrum Dublina jest po prostu brzydkie – szare, brudne, pełne lokalnych narkomanów na socjalu i koszmarnie zatłoczone. Rzecz jasna da się w słoneczny dzień znaleźć miejsca, które wyglądają urokliwie, ale im dłużej się po tym centrum poruszamy, tym bardziej rzucają nam się w oczy obrazki takie jak ten:

Screen Shot 2015-12-14 at 8.05.48 p.m.

Na szczęście nikt nam nie każe mieszkać w centrum, a okolice położone 15-20 minut autobusem (10 minut Dartem) dalej od niego wyglądają już na przykład tak:

IMG_2242

 

IMG_2219

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze wspomniany tłok. Przedostanie się z południa na północ wzdłuż osi wyznaczonej przez O’Connell Bridge to droga przez mękę – większość czasu przestępujemy z nogi na nogę i niejako „przy okazji” przemieszczamy się o parę centymetrów do przodu, zamiast iść sensownym tempem. Sprawy nie ułatwiają wąskie chodniki, a kiedy dodamy do tego zatrzymujących się niespodziewanie w losowo wybranych miejscach turystów… Wiem, marudzę, ale kiedy człowiek gdzieś żyje i pracuje, a nie zwiedza, szybkie przemieszczanie się na piechotę ma dla niego znaczenie, a centrum Dublina jest pod tym względem koszmarne.

Kiepski Transport Publiczny

Pisałem o tym bardzo niedawno, więc krótko tylko podsumuję – transport publiczny w Dublinie jest zły, a do tego drogi. Jeśli Twój pracodawca oferuje Tax Saver, to trochę oszczędzisz, ale i tak odczujesz ten koszt. Przy tej okazji pragnę pozdrowić Wrocławskie MPK, które przy wszystkich swoich wadach oferuje usługi na nieporównywalnie lepszym poziomie niż Dublin Bus ;-)

Służba Zdrowia

Tutaj po „głowie” dostaną zarówno lekarze (konkretnie GP), jak i sam system.

GP, bo są bezużyteczni (uzyskanie od nich bardziej wartościowej porady niż „that’s grand” i przepisanie aspiryny graniczy z cudem). Poza tym gabinety są zwykle czynne w takich godzinach, że odwiedzenie ich przed pracą / po pracy jest niemożliwe, a „Out Of Hours GP” (znane też jako DOC NOW) służy do przypadków „nagłych”, które nie mogą czekać do rana, a nie do umawiania się na normalne wizyty w bardziej dogodnych godzinach.

System, bo mimo wysokich składek na ubezpieczenie zdrowotne każda wizyta u lekarza kosztuje mnie 50-60 EUR, a wizyta w szpitalu (emergency room) to koszt 100 EUR. Do tego dochodzi odpłatność za pobyt w szpitalu – 75 EUR na dobę (maksymalnie 750 EUR w ciagu 12 miesięcy), czy za konsultacje specjalistyczne (100 EUR+, zależnie jaki specjalista i gdzie).

O ile jestem zwolennikiem odpłatności za wizyty nawet w przypadku publicznej służby zdrowia opłacanej ze składek (unikamy sytuacji, w której ludzie zapisują się do 3 lekarzy na raz blokując trzy kolejki, a potem nie odwołują wizyty, tylko po prostu nie przychodzą), o tyle uważam, że taka opłata powinna być znacznie niższa – 10, góra 20 EUR. Możliwość odliczenia sobie 20% tych kwot w zeznaniu podatkowym jakoś mnie specjalnie nie pociesza.

A to wszystko ze świadomością, że beneficjenci Medical Card mają to wszystko za darmo, choć wielu z nich to ludzie, którzy tylko i wyłącznie z lenistwa nie przepracowali w życiu ani jednego dnia. A pracujący dostają z dwóch stron – najpierw składki, potem płatności za wizyty.

Niestety jest, jak jest, przez co mieszkając w Irlandii mam wątpliwą przyjemność korzystania z drogiego, a jednocześnie bardzo kiepskiego systemu służby zdrowia. Przyznam szczerze, że wolę już Polską wersję, gdzie publiczna służba zdrowia jest kiepsko zorganizowana (kolejki!), ale jest darmowa, a sami lekarze na ogół są całkiem rozgarnięci (wiadomo, trafiają się wyjątki, ale od tego mamy znajomych, którzy mogą doradzić do kogo warto się zapisać, a do kogo nie).

Tylko 15, czy aż 15?

Trudno mi ocenić, czy 15 rzeczy na powyższej liście to dużo, czy mało. Większość z nich to „drobiazgi”, ale jest też kilka rzeczy, które „uwierają mnie” niemal codziennie. Na pewno o czymś też zapomniałem – prawdopodobnie nie o tych największych minusach mieszkania w Irlandii (skoro są takie duże, to raczej o nich pamiętam), ale być może zabrakło jakichś nieco mniejszych, z którymi spotykam się każdego dnia, przez co nauczyłem się je ignorować i o nich nie pamiętać. Myślę, że jedyną uczciwą metodą odpowiedzi na to pytanie byłoby przygotować podobną listę dla Polski i porównać co się na obu znajduje – być może kiedyś się pokuszę o takie porównanie ;-)

Jeśli jest coś, co Twoim zdaniem pominąłem, a co Tobie nie daje w Irlandii spokoju – podziel się tą informacją w komentarzu!

33 komentarze do “15 rzeczy, które irytują mnie w Irlandii

  1. No to tak….

    Dwa krany – znakomicie sprawa wyjasniona przez Toma Scotta tutaj
    https://www.youtube.com/watch?v=HfHgUu_8KgA
    Fakt – irytujace.

    Brak gniazdek w łazience
    Temat dyskutowany w pierwszym czy drugim sezonie Hello Internet, wlacznie z poszukiwaniem informacji o ilosci osob ktore w USA zginely w wyniku porazenia pradem w lazience. Kompletny absurd :)
    Ale i tak najlepsze jest to, ze tuz obok masz zwykle przeplywowy podgrzewacz / prysznic ktory ma calkiem spora moc i jest umieszczony w miejscu gdzie na pewno bedzie zywy czlowiek i duzo wody :)

    Samozamykające się drzwi
    Przez ladnych kilka lat mieszkania w wynajmowanych lokalizacjach NIGDY sie z tym nie zetknalem.

    Pająki
    Tez myslalem ze to klopot, dopoki nei zamieszkalem na wsi :) Teraz nawet wiem kiedy im sie zaczyna pora godowa albo czas zakladania gniazd :)
    U mnie od paru lat znakomicie sprawdza sie to rozwiazanie
    http://www.ebay.ie/itm/Bug-Buster-Vacuum-Spider-Catcher-with-FREE-9V-battery-/252111308548?hash=item3ab3014704:g:Q9kAAOSw4HVWDqzl

    Chleb
    Polecam pieczywo z Lidle, chyba blizej mu do polskiego chleba niz temu co zwykle jest sprzedawane w ‚polskich’ sklepach.

    Brzydkie i zatłoczone centrum Dublina
    Dublin to tylko bardzo niewielki wycinek tego pieknego kraju. Od czasu jak mieszkam na wsi to zasdadniczo pamietam ze istnieje tylko wtedy jak musze jechac sie w firmie pokazac raz na jakis czas :)

    Szczesliwego Nowego Roku :)

    • Dwa krany – znakomicie sprawa wyjasniona przez Toma Scotta tutaj

      Tak, tak, dotarłem do tego wyjaśnienia i nawet jest na blogu: http://zycienazielono.com/czyzby-sensowne-wyjasnienie-jednej-z-najwiekszych/ . Nie zmniejsza ono niestety mojej irytacji, kiedy przychodzi mi z tego rozwiązania skorzystać ;-)

      Odnośnie samozamykających się drzwi – głowy nie dam, ale to chyba obowiązuje tylko w budynkach wybudowanych po którymś tam roku (200X, nie pamiętam dokładnie), więc może miałeś szczęście? Albo landlordzi to ignorowali? W moim pierwszym mieszkaniu tego wynalazku nie było, w drugim był w jednych drzwiach (z 7), nie licząc wejściowych, a landlord się obudził z instalowaniem dopiero po tym pożarze: http://www.irishexaminer.com/ireland/carrickmines-residents-and-traveller-community-at-odds-before-fatal-fire-368727.html Nie pytaj mnie jak to się ma do problemu – nie wiem, to co spłonęło, to nawet nie mieszkanie…

      Lidla nie mam ani trochę po drodze / w pobliżu, ale na szczęście chleb piekę sam, więc to mały problem :-)

      Dublin to tylko bardzo niewielki wycinek tego pieknego kraju.

      W 100% się zgadzam, sama Irlandia jest piękna, nawet okolice w których mieszkam (Dublin) są bardzo ładne, ale w centrum niestety bywam dość często, więc… :-(

      Wszystkiego dobrego!

  2. hej :)

    ja bym do listy dodała włączniki światła znajdujące się na przeciwległej ścianie od wejścia w pomieszczeniu, do którego się wchodzi oraz kierowców Irlandzkich (temat rzeka) – po 10 latach pobytu tutaj nadal potrafią mnie zadziwić :)

    • Tak, to też, chociaż aż tak bardzo mnie to nie denerwuje – do tej pory spotkałem się z tym tylko raz w mieszkaniach, w których mieszkaliśmy. Reszta była umieszczona „po ludzku” :-)

    • Z tymi kierowcami to rzeczywiście jest ciężko. Jeśli myślicie, ze jest kiepsko w Dublinie, to pewnie zamordowaibyscue kogoś tutaj, gdzie mg mieszkamy czyli w Kerry. Chociaż mój partner Irlandczyk ( oryginalnie z Dublina) reagował na kierowców w Polsce tak jak teraz reaguje na kierowców w Irlandii :-)

  3. Dziwne że nie wspominasz o toaletach w IRL.
    Syf, brud i nedza, na dodatek zupełny brak w niektórych dużych sklepach (np Pennys na Jervisie).
    O ile w nowszych centrach nie jest tak zle o tyle Puby i czesc restauracji wola o pomste do nieba.

    Tez slyszalem ze chleb w Lidlu jest niezly, sodowego nie probowalem, jadlem raz maslankowy i nie byl zly. Ale sam tez pieke chleb w domu.

    • Toalety, mówisz? Chyba nie jestem tak częstym bywalcem sklepów, żeby to odczuć – z tego co piszesz, to chyba powinienem dodać: „na szczęście” ;-) Zwrócę uwagę, jeśli zdarzy mi się do jakiejś pójść.

    • Chleb z lidla jest jedyny,ktory tutaj jadam!reszta pozycji z listy rowniez niesamowicie mnie denerwuje! Dodalabym mentalnosc irlandczykow…

  4. Samochody

    Ceny nowych aut z salonu sa znacznie wyzsze niz w innych krajach Europy. Prosty przyklad: nowa Mazda 3 w Niemczech zaczyna sie od 17,690 euro (www.mazda.de), ten sam model w Irlandii kosztuje 22,995 euro (www.mazda.ie). Ponad 5 tys. euro roznicy, a mowimy o samochodzie segmentu C. Czesto skutkuje to tym, ze ludzie kupuja podstawowe, slabo wyposazone wersje, ktore po kilku latach trafia na rynek aut uzywanych. Tak wiec wiekszosc samochodow w Irlandii najczesciej jest wyposazona w kierownice i elektryczne szyby.

    Dodajmy jeszcze koszty utrzymania samochodu, ktore sa jedne z najwyzszych w Europie. Marzy Ci sie mocniejsze auto? 3-litrowy silnik? Badz gotow na wydatek blisko 2 tys. euro rocznie, tylko po to, zeby oplacic podatek drogowy. Dodaj koszt ubezpieczenia, przegladu i paliwa, a okaze sie, ze utrzymanie auta idzie w grube tysiace. A trzeba je jeszcze kupic ;-). Nawet wybierajac ekonomiczne, tansze auto czesto okazuje sie, ze po 2-3 latach same koszty utrzymania dawno juz przewyzszyly cene zakupu. Zarabiam dobrze, a jezdze gratem ;-).

    • Dzięki za obszerny i rzeczowy komentarz!

      Autami się za bardzo nie interesowałem (tym bardziej nowymi ;-) ), ale ich wyższe ceny – choć oczywiście nie powodują mojej radości – mają dla mnie o tyle racjonalne uzasadnienie, że wymagają one zapewne nieco innego procesu produkcji albo osobnej linii produkcyjnej (kierownica po prawej stronie), a ponadto dostawy czegokolwiek do IE są po prostu droższe, a rynek mikroskopijny; nie bez powodu największe sklepy internetowe, takie jak Amazon, Zalando i inne nie funkcjonują w IE. Tak więc zbierając to „do kupy” jestem to w stanie zrozumieć.

      Koszty utrzymania auta – ten temat badałem ( http://zycienazielono.com/koszty-utrzymania-samochodu-w-irlandii/ ) i jest to jeden z powodów, dla którego nie planuję posiadania auta. Generalnie uważam auta za worki bez dna i musiałbym mieć bardzo, bardzo dobre uzasadnienie ekonomiczne dla takiego zakupu (tak dobre, że nawet tutejszy transport publiczny mnie nie przekonuje ;-) ). Gdybym posiadał auto z całą pewnością byłby to jeden z punktów na mojej liście :-)

    • Z tymi kosztami produkcji to sciema – auta w UK sa duzo tansze. Prawda jest taka ze w Irlandii jest bardzo wysoki pseudo ekologiczny podatek rejestracyjny – VRT. Placi sie zarowno od nowek jak i uzywanych.
      Nie wiem ile dokladnie wynosi ale chyba troche ponad 20% wartosci.
      Rozsadne auta to stare solidne z malym silnikiem (roczniki 2005-2008) auta z silnikami do 1.2 maja w miare niski podatek i tansze ubezpieczenia oraz sa tanie (importy z UK). Micra, Picanto, Getz, Note, Colt itd.

  5. Chleb w Lidlu

    Zarowno chleb, jak i bulki (caly dzial z pieczywem) nie ma wiele wspolnego z normalnym pieczywem. Owszem, wszystko wypiekane jest na miejscu i czesto mily zapach moze nas zachecic, ale jesli sie dobrze rozejrzycie to dostrzezenie taki oto napis: „… from frozen”. Innymi slowy: pieczywo do Lidla (z reszta nie tylko tu, bo i do Subwaya czy Maca) najczesciej przylatuje z Chin w wielkich kontenerach, ulepione kilka tygodni wczesniej i zamrozone. To co odbywa sie na miejscu to po prostu upieczenie tych chemicznych kuleczek. Owszem, smakuje to czesto dobrze, ale tylko dlatego, ze tak jest opracowane. Cieple, lekko slodkie, daje wrazenie swiezego, dobrego pieczywa. Polecam od czasu do czasu wybrac sie do polskiej hurtowni i kupic lokalny polski chleb. Zobaczycie roznice. Nie wspomne o tym, ze jedzenie takich chemicznych mieszanek to najlepszy sposob na zlapanie dodatkowych kilogramow.

    • kilka tygodni? To moze byc zamrozone nawet 6 miesiecy i zawierac ludzkie wlosy jako konserwant. Co za czasy , ze pieczywo z chin . W koncu nas to zgubi ignoracja , nie wnikamy co kupujemy tylko oby bylo jak najtaniej . Czosnek, pieczywo z chin sama chemia,

  6. Mieszkam 5.5 roku w Irlandii i calkowiie sie zgadzam z tymi obserwacjami, mam bardzo podobne doswiadczenia. Najgorszy jest ten wiatr… A ze masz dziecko dopowiem, ze moja dwokja urodzona w Dublinie, przez ten wiatr sporo chorowala. A wlasciwie przez kombinacje wiatr + przedszkole, bo w Irlandii dzieci wyprowadzac na spacer lubia, otwierac okna lubia, ale zeby zalozyc sweterek, kurtke lub czapke to juz niekoniecznie. A koszt przedszkola to marne 900euro za miesiac. W kazdym razie mieszkanie w Dublinie dziele na czas przed dziecmi i po tym jak starsze skonczylo rok. Od tego zasu to narastajaca frustracja ;-)
    Swoja droga zauwazylem, ze porownujesz z Wroclawiem. Bylem tam kilka razy, w tym dzien podczas przerwy swiatecznej w tym roku. Piekne miasto. Przy tych wszystkich wadach Irlandii, ktore maja konkretny wplyw na codzienne zycie, i przy rozwijajacym sie rynku pracy IT np. we Wroclawiu (11-13k brutto dla w miare doswiadczonego specjalisty – nie managera – jest osiagalne w korporacjach typu IBM), dlaczego jeszcze mieszkasz w Irlandii? Ja wlasnie jestem na rozdrozu, oferta z Polski czeka…

    I jeszcze odnosnie okien otwieranych na zewnatrz – podobno logika jest taka, zeby silny wiatr dociskal okno do framugi i dodatkowo je uszczelnial. Ma to jakis sens, tylko dlaczego wydaje sie nie dzialac?

    • Dzięki za obszerny komentarz! :-)

      Tak, Dublin nie wygląda na miasto przyjazne wychowywaniu dzieci – miło, że chociaż Medical Card dla dziecka jest teraz darmowe, ale szczerze mówiąc to i tak niewielki koszt (potencjalnie kilkaset EUR rocznie, jeśli dziecko nie choruje jakoś dramatycznie często?) w porównaniu ze wspomnianym żłobkiem.

      Powrót do Wrocławia nie jest wykluczony w przyszłości (do tematu powrócimy pewnie za 2-3, może 4 lata), ale póki co nie mamy takich planów.

      Po pierwsze, rynek IT we Wrocławiu znacząco się jednak różni od tego w Dublinie i jest tam zdecydowanie mniej ciekawej pracy. Owszem, są miejsca jak np. mój były norweski pracodawca (pozdrawiam serdecznie!), gdzie można pracować przy naprawdę ciekawych projektach, ale z tego co słyszę i widzę 90% rynku to albo e-commerce (działka całkiem fajna, ale nie jest to coś, co mnie kręci) albo korporacje IT lub banki, gdzie IT wciąż działa w modelu wykształconym w latach ’80 i ’90 – jest skostniałe, przestarzałe, „korporacyjne” i po prostu nudne. Znam parę osób, których nawet wspomniane 11-13k nie zatrzymało w jednym z banków, które mają tam swoje centra IT, bo byli oni tylko „klepaczami kodu” dla oddziału z Londynu. Ja sam takiej pracy bym nie przyjął nawet za 13 czy 15k brutto – nie wytrzymałbym w niej więcej niż parę miesięcy. Oczywiście nie wszędzie jest tak źle, ale przeglądam czasem oferty tu i ówdzie (polecam https://nofluffjobs.com/ ) i tego co by mnie interesowało jest bardzo, bardzo mało. Dla porównania tutaj dostaję na LinkedIn po 3-4 oferty pracy tygodniowo, z których każda trafia mocno w moje zainteresowania, a na ogół co najmniej jedna jest bardzo, bardzo dobra.

      Druga sprawa jest taka, że tutaj żyje i pracuje nam się bardzo dobrze (tzn. „pracuje się” aktualnie tylko mi, bo żona jest w domu z dzieckiem). Nisza (co raz mniej nisza… ;-) ), którą się zajmuję rozwija się tu prężnie, a po ostatniej zmianie pracy moje zarobki dobiły do poziomu, który planowałem osiągnąć w perspektywie 3-4 lat, co w połączeniu z bardzo ciekawą i rozwijającą pracą w bardzo fajnej atmosferze skutecznie wybiło mi z głowy pomysł powrotu na jakiś czas. Do tego mam sporo fajnych kontaktów zawodowych, więc widoki na przyszłość też są w tej kwestii bardzo dobre.

      Do tego dochodzi fakt, że Irlandia nam się podoba. Oczywiście nie wspomniane centrum Dublina, ale zielone okolice w których mieszkamy, czy miejsca takie jak Glendalough (wrzucałem niedawno zdjęcia) cieszą oko ;-)

      Dochodzi też kwestia „praktyczna” związana z dzieckiem – skoro już tu jesteśmy, to niech liźnie chociaż tyle angielskiego, żeby swobodnie się nim mógł posługiwać w przyszłości, albo żeby chociaż załapał „naturalnie” podstawy.

      Doszłoby pewnie jeszcze kilka innych powodów, ale to chyba te najważniejsze na chwilę obecną.

    • Mysle, ze rozumiem Twoja motywacje. Przez pierwsze 2-3 lata rowniez motywowala mnie glownie praca i moze byloby tak dalej, gdyby nie szklany sufit ktorego doswiadczylem (i mozliwe, ze niektore moje bledy sie do tego przyczynily). Niestety moja specjalizacja jest waska (hurtownie danych SAP) i oferty jezeli sa to w konsultingu.
      Problem Polski traktowanej jak Indie jest mi znany, chociaz nie z pierwszej reki. Dotyczy tez SAPa – tutaj jestem w centrum wysarzen i deyzji, a wiekszosc pracy po zatwierdzeniu designu idzie wlasnie do Indii lub na filipiny. W Polsce dostajesz wlasnie takie wrzuty, nierzadko ciekawe, ale zrobienie kolejnego raportu to nie to samo co decydowanie o platofrmie, narzedziach, wyznaczaniue standardow modeli danych itp.
      Ty jak rozumiem zajmujesz sie Big data i faktycznie jest to bardzo ciekawa dzialka ze swietnymi perspektywami. Sam chetnie bym sie tym zajal ale wiele musialbym sie nauczyc (ok, fajnie) i moje braki oznaczalaby solidne ciecie mojej obecnej palcy na kilka lat, a to juz problem, bo sam nie zyje. Jednak praca i rozwoj potrafia zapewnic dobra motywacje.
      U mnie mono kuleje tez integracja – pracuje w duzej ale bardzo irlandzkiej firmie, kazdy tu ma swoje zycie i rodziny/znajomych. Inaczej wyglada to pewnie w srodowisku gdzie jest wieej przyjezdnych.
      W sumie zastanawiam sie tylko jak sie poruszasz po Irlandii bez auta? Sam nie mam dokladnie z powodow jakie wymieniles (koooszty, no i nie musialem bo miekszalem tuz przy pracy), ale przez to jestem ograniczony do dublin bus, a to boli. Slaba siatka polaczen i losowe czasy przyjazdow mocno ograniczaja nawet niedalekie wypady z rodzina.

    • A, dodam jeszze, ze o ile faktycznie parki w Dublinie sa w porzadku, to chyba nie sa ona az tak wyjatkowe (lubie najbardziej Botanic Garden)? Pisze to w kontekscie tego, ze Irlandia sie wam podoba. Moim zdaniem ma swoj urok ale jest on dosc monotonny (ciekawe miejsa sa do siebie podobne, morze wszedzie takie samo) i wiele psuje pogoda.
      Jezeli zostane, bede musial przeniesc sie gdzies na zachod/poludniowy zachod Dublina. Znasz jakies miejsca warte rozwazenia w tamtym rejonie? Ja niestety ograniczalem sie glownie do polnocnej zesci Dublina, a braki w komunikacji miejskiej nie ulatwiaja eksploraji miasta.

    • Tak, aktualnie zajmuję się Big Data i jest to dość „przyjazna” działka w chwili obecnej, chociaż koszt „wejścia” jest obecnie sporo wyższy niż kiedy zaczynałem – dawniej podstawowa znajomość Hadoopa i dowolnej bazy nierelacyjnej (celowo unikam określenia NoSQL) dawała Ci status „doświadczonego”; obecnie wypada znać jeszcze chociaż trochę takie technologie jak Spark, Kafka czy ElasticSearch. Oczywiście rozumiem Twój argument czasowy i finansowy dotyczący przekwalifikowania się, ale miej na uwadze, że jest sporo firm, które szukają do Big Data bardzo dobrych programistów (preferowana Java, ale nie koniecznie), którzy mają jedynie bardzo podstawowe pojęcie o samym Big Data – specjalistów jest na rynku na tyle mało, że wiele firm po prostu nastawia się na „przyuczenie” tych ludzi do zawodu, a stawki oferuje im stosowne do ich doświadczenia programistycznego, a nie do znajomości Big Data (albo co najmniej zbliżone do tego poziomu). Ot, choćby mój obecny pracodawca szuka teraz sporo osób do pracy i o ile doświadczenie w Big Data jest bardzo dużym plusem, o tyle bycie naprawdę dobrym programistą z podstawową znajomością Big Data (np. pobawiłeś się w domu, masz jakiś „toy project” na GitHubie, który wykracza poza typowe tutoriale dostępne w sieci, a poza tym poczytałeś trochę książek i wiesz mniej więcej jak wygląda architektura tego typu rozwiązań w „realnym świecie” itp.) także nas urządza. Tak więc nic straconego ;-)

      Poruszanie się bez własnego auta: GoCar.ie . Oczywiście jednorazowy koszt takiego wypadu jest bardziej „dotkliwy” (wypad na kilka godzin w „okolice” Dublina to pi razy oko 60-100 EUR zależnie od odległości i czasu tam spędzonego), ale jeśli porównasz to z utrzymaniem auta, to i tak są to grosze. Licząc lekko 150 EUR miesięcznych kosztów utrzymania auta (nie licząc paliwa, napraw i utraty wartości samochodu) wydanie nawet raz na miesiąc albo dwa takiej kwoty nie wygląda źle :-)

      Niestety południe miasta jest mi kiepsko znane – mieszkam w Clontarf i bardzo sobie tę okolicę chwalę (autobus z wydzielonym buspasem do centrum spod domu i stacja Dart 20 minut na piechotę, jeśli potrzebuję), w związku z czym nie odczuwałem nigdy potrzeby szukania czegoś. Z „wiedzy powszechnie dostępnej” wiem tyle, że całe południe wzdłuż Darta jest dobrym miejscem do życia, chociaż jest też dość drogie. Miejsca na linii zielonego Luasa też mogą być warte rozważenia, chociaż mnie Luas nie przekonuje póki co z racji tego, że jego trasa kończy się na St. Stephen’s Green – wolę Darta. Gdybym szukał miejsca na południu w odległości 5-15 km od centrum, to pewnie zacząłbym od Dalkey, a potem poruszał się na północ patrząc na to jak zmieniają się ceny. Ogólnie – na pewno na chwilę obecną nie rozważałbym niczego poza linią Darta.

    • Dzieki za kompleksowa odpowiedz. Niestety (?) programista tez nie jestem, potrafie tylko troche i tylko w jezyku SAPa (czyli ABAPie). Mysle, ze w dluzszej persepktywie mogloby mi sie udac wejscie w big data przez SAP HANA (a najpier wejscie z SAP BW/BI do SAP HANA), ale to piesn przyszlosci, nie do zrealizowania w obecnej firmie bo oni tego po prostu nie potrzebuja.

      Clontarf jest chyba ladna okolica – Bull island to moja ulubiuona plaza (z racji dostepnosci z mojej lokalizacji, mieszkam w Santry, czyli nie tak daleko), ale wypda dobrze w porownaniu z innymi – szeroka, piaszczysta no i 2 lata temu (2013) w lecie woda byla tak iepla ze dalo sie w niej kapac. Pamietam jak dzis ;-) A i St. Anne’s Park niebrzydki. Madrze wybrana lokalizacja.

    • A moze podczas padajacego deszczu ,przy otwieranym oknie „na zewnatrz”, jest mniejsza szansa, ze wpadnie on do srodka w porownaniu do okna otwieranego „do srodka” ?

  7. A mnie denerwują okna otwierane do zewnątrz. Nie da się umyć bez drabiny, podczas silnego wiatru (czyli ok. 80% dni w roku) prawie wyrywa z zawiasów, no i spróbujcie zmontować np. mositierę ;)
    Pozdro

    • Tak, to prawda. Wspomniałem chyba nawet o tym w tym tekście – na szczęście mnie problem nie dotyczy, więc nie znalazł się na liście, ale domyślam się, że komuś, kto musi ich używać na co dzień sprawia to sporo problemów :-)

  8. Ja bym do tej listy dodał jeszcze banking w Irlandii, który jest jakieś 100 lat za Polską i jakby mogli, to by dalej wypisywali czeki na kamieniach.
    Tak strasznie absurdalny, ograniczony system bankowy nie wiem czy gdzieś jeszcze istnieje…

    • To prawda. O tym też planuję mały wpis, przy czym z racji tego, że z banków korzystam bardzo rzadko (prócz obsługi online i płatności kartą, rzecz jasna – mam na myśli wizyty w oddziale), to trudno mi mówić, że mnie to specjalnie irytuje – ot, raczej ciekawostka ;-) Chociaż przyznam, że jak przyszło mi kiedyś zapłacić ponad 5 EUR za wystawienie mojemu pracodawcy czeku na 0.04 EUR (4 centy!), to mnie trochę szlag trafił ;-)

  9. Dokładnie takwłaśnie! Plus banking j/w, plus miasto (Dublin) nieprzyjazne dla dzieci – bardzo mało placów zabaw. Większość tego co na mapie oznaczone jako „park” to boisko albo trawnik, bez samochodu z dziećmi poruszać się cieżko, bo autobusy nie mają w zasadzie miejsca na wózki, a stacje DART nie wszystkie mają w ogóle windy, zresztą windy lubią się psuć.
    Plus, co mnie irytuje, wszystko załatwia się przez telefon. Ja np nie lubię. Wolę online. Nawet ten GoCar to kiepski żart jeśli chodzi o to jak wygląda ich online.
    Plus sieci komórkowe. Są dwie (nie liczę operatorów wirtualnych), obie słabe.
    Architektura jest… no nie ma jej. Niewiele się jest czym zachwycać w centrum.
    Co do służby zdrowia, mi pracodawca opłaca dobre ubezpieczenie, i bardzo mi się podoba to że tutaj medycyna tzw. alternatywna nie jest wyklęta jak w Polsce. Mam pokryte koszty specjalistów takich jak: homeopata, zielarz, osteopata, akupunkturysta, czy masażysta. Podoba mi sie tutaj też to że ten nocny lekarz (D-Doc) nie boi sie diagnozować dziecka przez telefon (tak, w tym wypadku telefon jest dla mnie OK). Pomogło mi to kilka razy. W PL każą ci przyjechać na zatłoczony ostry i czekać tam kilka godzin łapiąc wszystkie możliwe wirusy.

    • Wózki! Nie wiem jak mogłem zapomnieć! Jedna z bardziej irytujących rzeczy – jak masz pecha i nie mieszkasz blisko pętli autobusowej, to możesz i 2-3 autobusy „przeczekać” (w godzinach szczytu pół godziny, poza – nawet do godziny) i dalej nie wsiąść.

      Na parki na szczęście nie narzekamy, bo mamy blisko St. Anne’s Park, gdzie jest naprawdę fajny plac zabaw. Mi brakuje za to „outdoor gym”, a nawet nie tyle „gym”, co po prostu miejsca, gdzie dwa razy w tygodniu mógłbym wyciągnąć kręgosłup – jakieś drabinki, czy coś takiego :P

      Telefon – też się zgadzam. Wolę napisać maila o 22:00 i ktoś mi na niego odpisze w godzinach pracy, a nie że muszę spędzić 40 minut na słuchawce próbując się gdzieś dodzwonić w godzinach mojej pracy…

      Prywatne ubezpieczenie medyczne – dobra rzecz, ale tak jak w Polsce boli, że płacisz kupę kasy w normalnych składkach, a potem jeszcze pracodawca musi Ci płacić za prywatne ubezpieczenie (circa 2.5 – 3k brutto rocznie, czyli 5% pensji dla osoby zarabiającej 60k EUR rocznie na przykład)…

  10. Witam!

    Widzę, że ostra dyskusja się wywiązała. Wtrącę swoje 3 grosze jeśli można :)
    Krany rzeczywiście mogą frustrować. Człowiek mieszka już tutaj te ponad 10 lat i czasem zdarza się, że ręce opadają (głównie jak hot water zmienia się w boiling water ). Jak sobie radzę? Zapewne jak większość, czyli zimna woda w dłonie a następnie gorąca i mamy letnią :) Nie wiem czy Ci się zdarzyło, ale w obecnym domu mamy wannę, dwa w niej krany ale nie ma prysznica… Także strasznie niepraktyczne, bo jak ktoś chciałby wejść, szybko się przemyć czy umyć samą głowę, to już się nie spłucze. Wiem, że od tego jest normalny prysznic, ale czasem człowiek chciałby do wanny. Zresztą nawet gdy zrobimy sobie kąpiel, to potem i tak nie można się po ludzku spłukać prysznicem… :)

    Gniazdko w łazience i owszem, przydałoby się, bo często golę głowę maszynką. Byłoby gniazdko – nie musiałbym się bawić w przedłużacze :)

    Zamykające się drzwi? Nie doświadczyłem. (na szczęście?) :)

    Pogoda. W większości mieszkamy w Irlandii już na tyle długo, że (teoretycznie) powinniśmy się do tutejszej aury przyzwyczaić. Ja mam takie momenty, że jest mi wszystko jedno, pada to pada, powiewa to powiewa ale potem przychodzą takie chwile, że psioczę i się wkurzam. Ostatnio miałem pogodową chandrę gdy w maju przyjechała do nas na tydzień rodzina i tylko 2 dni nadawały się na podróżowanie. W maju, gdzie teoretycznie powinno być fajnie.

    Nie wiem jak z mieszkaniami w Dublinie, bo mieszkam od stolicy 120 kilometrów. U nas sytuacja na rynku mieszkaniowym mocno się posypała. Jak kiedyś można sobie było wybierać, tak teraz nie ma praktycznie nic ciekawego. Casting? Przeprowadzaliśmy się rok temu (po 8,5 roku na jednej chacie) i poszło gładko, ale mieliśmy cynk i byliśmy pierwsi u agentki.

    Ceny tychże mieszkań to rzeczywiście kosmos. Wróć! Kosmos jest w Dublinie, może w Cork, Galway czy Limerick, bo im dalej od wielkich miast tym te ceny wydają się znośniejsze. Gdy czytam jak piszesz, że za 2 sypialnie trzeba wybulić 1200 euro miesięcznie to nie wiem czy się śmiać czy płakać? Horrendalnie drogo. Zawsze się zastanawiałem: pracuje ktoś na przykład w Dunnes Store w Dublinie, dostaje dajmy na to te 350e/tydzień i jakim cudem ma przeżyć wynajmując coś za 1200 euro? Wiem, że może pracować druga osoba, ale jeśli nie pracuje? Wynajem jedno a dalsze koszta drugie. Nie potrafię tego do końca ogarnąć… My większość naszego życia w Irlandii płaciliśmy 400 euro/tydz za 2 pokoje, salon, kuchnia, 3 łazienki, podwórko. Rok temu przenieśliśmy się do 3 pokojowego i generalnie większego bungalowa i przeskok finansowy na 525 wydawał nam się duży. Aktualnie płacimy 560. 560 jednak do 1400 – bo za tyle pewnie chodzą bungalowy w stolicy – nie może nawet stanąć.
    O pająkach mi nawet nie mów, bo boję się ich śmiertelnie :D Czasami nie wiem czy nie mam jakiejś Arachnofobii? Gdy widzę na ścianie takiego czarnego, tłustego, kosmatego to w momencie drętwieję. Koszmar. Czasami wychodzą ale dzieje się to na szczęście stosunkowo rzadko :)

    Domy z betonem na froncie nie są piękne. Czasem również znajdzie się sam beton na tzw. Back Garden. To jest dopiero hardcor gdy grilluje się na chodniku. Osobiście w życiu bym sobie czegoś takiego w swoim domu nie zrobił.

    Te apartamentowce z wielkimi schodami mamy również u siebie w mieście. Rzeczywiście dla takiej matki z niemowlakiem opcja fantastyczna. Kobiecina nie ma szans aby sama z wózkiem na górę się wgramoliła. Architekt mistrz!

    Pieczywo. Nie mam jakiś wielkich wymagań, zjadam różny rodzaj chleba czy to bagietki, czy irlandzki chleb tostowy, czy chleby z Lidla, czy z polskiego sklepu – nie marudzę :) W takim Lidlu jest w sumie chyba najlepszy wybór z pośród wszystkim supermarketów. A, że zdarzy się coś odmrażane? No cóż. Tak jak Wy, zawsze można sobie własny chleb upiec :) Jest jakaś alternatywa.

    Osobiście nie mam żadnego problemu, że alkohol sprzedaje się w określonych godzinach. Jeśli wiem, że szykuje się impreza, to staram się ten alkohol zakupić już parę dni wcześniej. Online z Tesco czy Super Valu nie kupuję, więc problem odpada. Zresztą ostatnio alkoholu mocnego praktycznie w ogóle nie pijam.

    Brzydkie Centrum Dublina? Nie widuję tego na co dzień, więc w oczy mnie tak nie kłuje. Niemniej trudno się z tym nie zgodzić, że niektóre uliczki wołają o pomstę do nieba. Cieszę się niezmiernie, że u mnie takich pocztówek nie ma :)

    W służbie zdrowia jest dużo racji w tym co piszesz. Piszesz, że każda wizyta u lekarza kosztuje Cię 50-60 euro. A nie masz GP Card, gdzie wizyty są darmowe a płaci się tylko za leki w aptece? Wspomniałeś również o +100e za wizytę u lekarza specjalisty? Pewnie w Dublinie ceny startują z tego poziomu, bo na przykład w Longford płaciłem dziś/wczoraj 50 euro za zatrucie zęba + 25e rentgen (początek leczenia kanałowego, który zamierzam dokończyć w Polsce) u dentysty. Nagły przypadek i byłem zmuszony pójść.

    GP jak GP, chodzi się do nich od lat i jakoś cały czas funkcjonujemy :) Przepisuje czasem te standardowe tablety, jakiś antybiotyk ale generalnie nie narzekamy. I na pewno jesteśmy zadowoleni, jeśli idzie o poród. Sprawnie, z bardzo miłą i pomocną obsługą czy to lekarzy, czy pielęgniarek, anestezjologów, wszystkich kto przy porodach pomagał. Nie możemy złego słowa powiedzieć. 2 porody i 2 idealne.

    Na koniec trochę o samochodach :) Ja jestem zdania, że bez auta to jak bez ręki. Może, może w Dublinie dałoby się jakoś funkcjonować – w moim odczuciu mocno ograniczone by to było – ale w mniejszym miasteczku, gdzie nie ma komunikacji autobusowej po prostu się nie da. Nie dałoby się wszędzie maszerować z buta, tu po zakupy, tu do pracy, tam do przedszkola, do szkoły już nie wspominając, że człowiek byłby mocno uwiązany jeśli idzie o podróżowanie. Ja jestem takim typem, który podróżować uwielbia, więc auto jest mi ku temu mocno potrzebne :)

    Koszta? Dziś już to wygląda trochę lepiej niż na początku mojej przygody z tutejszą motoryzacją, gdzie ubezpieczenie za samochód (kosztujący jakieś 1000euro) płaciłem na rok – 3000 :). Dziś na szczęście wygląda to o niebo lepiej, bo nie dość, że mam full zniżki, to jeszcze odpowiedni wiek i płacę przystępne +400e. Tax? Mógłby być mniejszy (ok. 650e) ale nic nie zrobię przy aucie 1.8 motor i 2004 rok. 2009 i młodsze ten tax mają o wiele mniejszy. Trzeba płacić ale jak pisałem powyżej – auto jest potrzebne i praktycznie nie znam osób, które tego auta by nie miały.

    Ktoś wyżej w komentarzach troszeczkę narzekał, że Irlandia jest monotonna jeśli idzie o krajobraz :) Hmmm… Ośmielam się z tym nie zgodzić :) Trzeba wyruszyć w teren i samemu się przekonać. Niekoniecznie głównymi trasami turystycznymi, czasem trzeba zboczyć a wówczas można się bardzo miło zdziwić. Podróżuję po Irlandii od lat, byłem w wielu miejscach i praktycznie nigdzie się nie zawiodłem. Polecam każdemu! ;)

    Dobra koniec, bo się rozpisałem. Palce bolą i późna noc.

    Pozdrawiam serdecznie! :)

    • Dzięki za bardzo obszerny i rzeczowy komentarz! Nie będę się do wszystkiego odnosił, bo z większością rzeczy się zgadzam, ale tak krótko:

      1200 EUR za 2 bedroom to bardzo dobra cena teraz – chętnie bym tyle zapłacił :P W „lepszej” dzielnicy raczej 1400-1500 EUR to minimum.

      Samochód – domyślam się, że w mniejszych miastach nie da się bez, ale Dublin jest pod tym względem OK. Tzn. transport publiczny jest na tyle akceptowalny, że auto nie jest niezbędne, a że nie jest to najwygodniejsza opcja… Cóż – gdyby auto oszczędzało mi czasu w drodze do pracy, albo gdybym mieszkał sam i dzięki niemu mógł wynajmować dużo tańsze mieszkanie gdzieś dalej, to być może uznałbym koszt jego utrzymania za akceptowalny, ale do pracy i tak szybciej dojadę autobusem / Dartem, a mieszkanie daleko przy dwóch osobach dorosłych i dziecku nie rekompensuje kosztu utrzymania dwóch aut (bo jedno to za mało jak się mieszka „na wiosce”), więc też nie ma to sensu. Tak więc na chwilę obecną uważam auto za dalece nieopłacalny zakup, jeśli mieszka się w Dublinie i dojeżdża komunikacją miejską do pracy :-)

      Pozdrawiam! :-)

  11. W Irlandii mieszkam 11 lat dokładnie w Wexford, niestety tutaj komunikacja miejska nie istnieje, oprócz autobusu i pociągu do Dublina czy Waterford, więc samochód to konieczność na koszty nie narzekam, ale na 3 litrową brykę raczej nie mogę sobie pozwolić. To co mnie drażni to Road Tax, totalne zdzierstwo, rzekłbym nawet złodziejstwo w końcu podatek płacimy w paliwie… Dodajmy do tego wzrost tzw „insiury” ubezpieczeń samochodów w niektórych przypadkach o 100%… Irlandzcy kierowcy do dziś spędzają mi sen z powiek, ale cóż się dziwić jak jeszcze 20 lat temu, prawko dostawali pocztą po wysłaniu formularza. Z samo zamykającymi drzwiami się nie spotkałem, pająki widuję sporadycznie (w tym roku widziałem jednego i fakt duży bydlak był). Co do chleba no cóż są polskie sklepy oraz jak ktoś już wspomniał Lidl. Co do kranów też nie spotkałem się z dwoma. Pogoda jest słaba co tu dużo mówić, Majorka to to nie jest, ale i tak wolę to od polskich upałów. W tym kraju kupić coś konkretnego (np lutownica) graniczy z cudem, wszystko trzeba zamawiać z internetu, czasami wydaje mi się jakby czas tutaj zatrzymał się na latach 80-tych ubiegłego wieku. Kolejna sprawa to służba zdrowia, śmiech na sali, oni powinni nazywać siebie co najwyżej zielarzami, jak jakiś konkretny zabieg np to zdecydowanie wole zrobić to prywatnie w Polsce. Ceny niektórych rzeczy w sklepach chyba są wzięte z kosmosu, zastanawiam się jak te sklepy jeszcze funkcjonują i kto tam kupuje. Ogólnie nie jest źle, ale rajem tego kraju bym nie nazwał, Irlandia jest zacofana względem Europy i to bardzo i to jest jej największą wadą.

    Pozdrawiam

    • Oj tam, narzekacie. Co prawda temat o narzekaniu, ale jest tu tez mnóstwo fajnych rzeczy. Mnie kręci, ze mogę sobie wyjść na górę i spojrzeć na morze. W Polsce wakacje były albo w górach albo nad morzem. Wyjazd nad morze to 8 godzin autem. A tu dwa w jednym. W 8 godzin pojadę nad Atlantyk i wrócę do Dublina.
      Ponadto zachód Irlandi jest fantastyczny. Naprawdę widoki tam zrekompensuja pająki (pająków się nie zabija bo przynosi to nieszczęście) i bylejakość większości rzeczy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *