12 rzeczy, które zaskoczą Cię w Irlandii

Pisałem jakiś czas temu o rzeczach, które mnie irytują, teraz napiszę więc o rzeczach, które mnie po prostu zaskoczyły, albo dziwiły mnie, zanim do nich przywykłem. Jest to oczywiście wybór czysto subiektywny  – dam sobie rękę uciąć, że co najmniej jeden punkt z tej listy u większości ludzi trafiłby na listę „czego nie mogę znieść w Irlandii”.

Specyficzne rozumienie „ładnej pogody”

Przychodzi taka pora roku, kiedy na ulice wylegają ludzie w krótkich spodenkach i sandałach, billboardy zaczynają zachęcać do konsumpcji lodów, a lekarze udzielają ostrzeżeń związanych z przebywaniem na słońcu. Tak, wiem – myślicie pewnie teraz o upałach ponad 30 stopni, suchej i bezwietrznej pogodzie, niczym w Polsce w środku lata. Rzecz w tym, że w Irlandii podobne obrazki można zobaczyć już przy 20-22 stopniach (co jest na ogół nnajwyższą temperaturą, jaką da się w Irlandii zaobserwować przez więcej niż jeden dzień; czasami trafi się jeden dzień z temperaturą ok. 24-25 stopni), co jest na swój sposób zabawne; naszym faworytem w kategorii anegdotek pogodowych jest ta, kiedy lekarz z troską wypytywał moją ciężarną żonę o to, jak sobie radzi z upałami, podczas gdy przez Irlandię przelewała się fala upałów z temperaturami dochodzącymi do 24 stopni ;-)

Brak transportu publicznego w nocy

Od czasu narodzin dziecka problem ten nie dotyczy mnie na tyle, żebym musiał narzekać, ale domyślam się, że osób lubiących nocne życie może to być spory problem – w Dublinie (i zapewne w innych miastach także, chociaż nigdy tego nie sprawdzałem) nie funkcjonuje coś takiego jak nocny transport publiczny. Ostatnie autobusy zjeżdżają do zajezdni ok. 23:00, a potem zostają już tylko taksówki.

Bus od 7:00 do 17:30

Co więcej – w nawiązaniu do poprzedniego punktu – na niektórych trasach na pierwszy kurs autobusu trzeba trochę poczekać. O ile miałem podejrzenia, że nie będzie to 4:30 czy 5 rano, o tyle długi czas byłem przekonany, że gdzieś koło 6:00 będę mógł się już dostać „moim” autobusem do centrum miasta. Niestety – jak się okazało – pierwszy kurs autobusu przypada na okolice godziny 7:00 rano. Zrozumiałbym to jeszcze, gdyby tuż obok znajdował się Dart kursujący wcześniej, ale nie – od „mojego” przystanku do Darta jest ok. 2.5 – 3 km, więc nie jest on zadowalającą alternatywą. Pracujecie w systemie zmianowym? Macie zmianę na 7:00 rano? No to wio, na rower, bo Dublin Bus Wam w dotarciu do pracy nie pomoże…

Wcześnie zamknięte sklepy na początku tygodnia

Typowe godziny otwarcia sklepu w Dublinie wyglądają mniej więcej tak:

poniedziałek     09:00 – 18:00
wtorek              09:00 – 18:00
środa                09:00 – 18:00
czwartek           09:00 – 21:00
piątek               09:00 – 20:00
sobota              09:00 – 19:00
niedziela           12:00 – 18:00

Jeśli jesteście przyzwyczajeni do zakupów po pracy, a jednocześnie musicie pracować dłużej (albo lubicie przychodzić do pracy na 10-11, jeśli macie taką możliwość), to będziecie musieli z jeden z tych rzeczy zrezygnować, przynajmniej na początku tygodnia. W tygodniu Irlandii sklepy są na ogół czynne dość krótko, z wyjątkiem czwartków i – w niektórych przypadkach – piątku. W sobotę zwykle są one otwarte mniej więcej tak długo jak w czwartek piątek, po czym w niedzielę albo są w ogóle nieczynne, albo otwierają się później i zamykają wcześniej. Nie stanowiło to dla mnie nigdy większego problemu, ale muszę zaznaczyć, że zakupy spożywcze robię online, a do pracy przychodzę raczej wcześniej niż później, więc nawet jeśli muszę po coś podjechać do centrum, to do 18:00 na ogół bez problemu się wyrobię. Zależnie od Waszych przyzwyczajeń zakupowych – warto o tym pamiętać.

Urzędy i banki otwarte w dziwnych godzinach oraz nieczynne w weekend

Urzędy i banki to „specjalny przypadek” sklepów – w tygodniu są czynne w jeszcze dziwniejszych godzinach (np. 10:00 – 16:00), a w soboty i niedziele są po prostu zamknięte. Sam w banku bywam rzadko (a i mam oddział blisko pracy, więc zawsze mogę podejść w ciągu dnia), w urzędach jeszcze rzadziej, więc nie jest to dla mnie wielkim problemem, ale wyobrażam sobie, że są ludzie, dla których jest to nieprzeciętna uciążliwość. Ponownie, jak w przypadku sklepów, warto mieć tego świadomość.

Chipsy o smaku soli i octu

Bez większego komentarza – nie pojmuję, jak ten wynalazek może komuś smakować, choć próbowałem się przekonać ładnych kilka razy…

Park rozrywki, którego tematem przewodnim są chipsy

Tak, dokładnie tak – Irlandia ma park rozrywki poświęcony chipsom,  a jego „gospodarzem” jest „Pan Ziemniak”.

OK, trochę uprościłem, więc wyjaśniam. Kultową irlandzką marką chipsów jest Tayto, a maskotką marki jest wielki ziemniak w mało gustownej, czerwonej marynarce i jeszcze mniej gustownych spodniach w żółte pasy. Aby ulżyć Waszej wyobraźni, oto on:

Tayto

Tayto jest takim fenomenem kulturowym w tym kraju, że często nazwy „tayto” używa się jako zamiennika dla „crisp” (czyli tego, co my nazwalibyśmy „chips”). Nic dziwnego, że właściciele marki postanowili odciąć od tego sukcesu parę kuponów i zbudowali park rozrywki. Taki ziemniaczany Disneyland. Oczywiście „ziemniaczany” nie oznacza tego, że każda atrakcja jest związana z ziemniakami i chipsami – to zupełnie normalny park rozrywki, tylko że wszędzie towarzyszy nam ziemniaczany ludek.

tayto-park-map-610x0-c-default

Pytający „How are you?” nie oczekuje odpowiedzi na to pytanie

To jest coś, czego do tej pory mój mózg nie może „ogarnąć”. Pewnie już to kiedyś pisałem, ale przypomnę – na podstawie obserwacji ustaliłem, że najbardziej właściwą odpowiedzią na powitanie „How are you?” jest: „Not too bad, how are you?”. Ew. jeśli jesteście w kreatywnym nastroju, to wybierzcie sobie dowolny zestaw z poniższej tabelki – wylosujcie pierwszy człon, potem drugi człon i połączcie:

How are you?

Jakkolwiek lubię „standaryzację”, tak w tym wypadku nie mogę sobie przyzwyczaić i regularnie mnie to pytanie „zawiesza”. Jedna część mózgu ma już gotową „domyślną” odpowiedź, podczas gdy druga na gwałt szuka sensownej, w miarę niestandardowej odpowiedzi, co zazwyczaj kończy się krótkim „zawieszeniem” i postawieniem na sprawdzoną pierwszą opcję.

Krótkie baseny rekreacyjne, często bez wydzielonych torów

Czasami, mimo problemów z zatokami, lubię popływać. Kilkanaście, kilkadziesiąt basenów kraulem w umiarkowanie szybkim tempie działa relaksująco, buduje mięśnie, spala tłuszcz i ma masę innych zalet, ale – niestety – by się nim cieszyć, potrzebne jest co najmniej 25 metrów wydzielonego toru, dzielonego z 1-2, góra 3 osobami. I tu niestety można się rozczarować.

Owszem, baseny 25 metrowe są jak najbardziej dostepne (tzn. znam jeden w Markievicz Leisure Centre, ale nie wątpię, że jest więcej), o jednym 50m też mi wiadomo (Westwood Gym w Fairview / Clontarf), ale zdecydowana większość „lokalnych” basenów to baseny w szkołach, przychodniach / klinikach / centrach rehabilitacji itp. I problem z nimi jest taki, ze nie dość, że są zwykle krótkie (na oko: do 15, góra 20 metrów), co jeszcze mógłbym przeżyć, ale są one też „otwarte” – nie mają wydzielonych torów, przez co każdy pływa jak chce: jedni wzdłuż, drudzy w poprzek, trzeci „optymalizują” dystans i płyną po skosie, albo dookoła, a pomiędzy nimi wszystkimi pluskają się jeszcze dzieci…

Nie zrozumcie mnie źle – nie oczekuję wydzielonego toru na prywatny użytek, ale naprawdę, 4-5 (nawet krótkich) torów po 4-5 osób na pewno działałoby lepiej, niż 20-25 osób i „wolna amerykanka”… Dziwi mnie to o tyle, że w Polsce, nawet w basenach hotelowych mających po 15 metrów, widywałem zwykle chociaż jeden albo dwa tory, dla tych, którzy przychodzą pływać, a nie posiedzieć w wodzie…

Brak podziału na „dzieci chore” i „dzieci zdrowe” u lekarza

To akurat coś, co mnie nie tylko dziwi, ale też trochę irytuje. Otóż u GP wszystkie dzieci są przyjmowane w tych samych godzinach, w tym samym miejscu. Nie będę się rozwodzić nad tematem, bo chyba każdy potrafi zrozumieć, że idąc ze zdrowym dzieckiem na kontrolę, badanie okresowe albo (szczególnie) szczepienie, mało który rodzic ma ochotę narażać je na zachorowanie na grypę, czy inne, często groźniejsze choroby zakaźne.

Kąpanie dzieci raz na tydzień

Ot, kolejna, mało istotna ciekawostka – dzieci, nawet do wieku kilku miesięcy, kąpie się co parę dni. I zaznaczam, że „parę” nie oznacza „co drugi dzień”, ale raz na 4-5 dni, albo i tydzień. Nie żeby mi to przeszkadzało – podejrzewam wręcz, że codzienne mycie może mieć nawet więcej wad niż zalet – ale jednak choćby tylko z perspektywy osoby zmieniającej pieluszki miałbym pewien dyskomfort nie kąpiąc dziecka chociaż raz na 2-3 dni.

Brak pewnych produktów spożywczych w sklepach

Temat rzeka – jest wiele produktów, których mi tu brakuje*, ale brak kilku z nich doskwiera szczególnie.

Na pierwszym miejscu jest „prawdziwy” chleb. Oczywiście są piekarnie, które wypiekają coś zbliżonego do chleba, jaki znam z Polski, ale po pierwsze – nie ma ich aż tak wiele (może z wyjątkiem centrum miasta), a po drugie – sprzedawany przez nie chleb nie jest aż tak dobry, jakbym się tego spodziewał;

Drugi brakujący produkt to mleko UHT. O ile na ogół wolę świeże („świeże”) mleko i liczę się z tym, że jego okres przydatności do spożycia jest ograniczone, o tyle lubię mieć w domu „zapasowy” karton albo dwa z mlekiem, którego przydatność do spożycia to kilka (6?) miesięcy od daty produkcji – tak na wszelki wypadek. Niestety, nic mi nie wiadomo, by takie mleko było dostępne w Irlandzkich sklepach.

Kolejny produkt, w który zwykle zaopatrujemy się w polskich sklepach to… chrupki kukurydziane. Tak, chrupki – o takie:

chrupki kukurydziane

Raz, że sam je lubię, a dwa – są świetnym sposobem na zajęcie dziecka. Niestety, przysmak ten jest w Irlandii nieznany, a jedyne alternatywy to pełne cukru ciasteczka albo chipsy, które średnio się nadają na nieszkodliwą przekąskę dla malucha.

* brakuje, tj. nie ma ich w marketach takich jak Tesco czy SuperValu, gdzie zamawiamy zakupy on-line; oczywiście można je znaleźć w polskich sklepach na przykład

 

 

Czytaj dalej


Koszty Utrzymania w Dublinie – Raport 2016

W tym roku z dużą obsuwą, ale wreszcie jest – nasze „autorskie” podsumowanie kosztów życia w Dublinie za ubiegły rok jest gotowe!

Tytułem wstępu…

Tradycyjnie już przypomnę, że wpis ten, choć dumnie nazywany „raportem”, nie jest i nie może być wyczerpującym źródłem wiedzy o kosztach życia w Dublinie, a jest jedynie wartościowym – mam nadzieję – punktem odniesienia dla osób, które do Dublina chciałyby się przeprowadzić, albo już tu żyją i chcą zobaczyć jak ich koszty życia wyglądają w porównaniu z tym, co wydają inni.

Terminologia – koszty utrzymania, a pozostałe koszty

To czym są koszty utrzymania, a czym są koszty „pozostałe” pisałem już co najmniej dwa razy: w poprzednim raporcie (gorąco polecam!) i w jeszcze wcześniejszym wpisie, więc po dokładniejsze wyjaśnienia zapraszam tam. W największym skrócie „koszty utrzymania” to wszystkie koszty „stałe” (wynajem, media), transport, wyżywienie oraz inne w miarę częste i dość regularne wydatki (np. środki czystości). Wyjątkiem są tu koszty utrzymania dziecka (inne niż jedzenie, bo to ciężko by mi było oddzielić) – mimo, że są to koszty stałe, to nie zaliczam ich do tej kategorii, żeby ułatwić czytelnikom bloga przeliczenie naszych kosztów życia na jedną osobę dorosłą (dodając tu dziecko i np. wydatki na pieluchy ciężko by było wyciągnąć sensowne wnioski). Dziecko stanowi osobną kategorię wydatków i mieści się w „pozostałych kosztach”. Inne wydatki, które nie mieszczą się w „kosztach utrzymania” to m. in. meble, elektronika, ubrania itp.

Inną, chyba najbardziej kontrowersyjną kwestią, jeśli chodzi o nazewnictwo jakie przyjąłem, jest ta dotycząca zakupów spożywczych. Nazwy „żywność” i „jedzenie” są moimi umownymi „skrótami” – „żywność” oznacza zakupy spożywcze, natomiast „jedzenie” to np. kawa, lunche, obiady i kolacje poza domem. Zdaję sobie, że w języku polskim są one synonimami, jednak potrzebowałem dwóch prostych, jednowyrazowych nazw na rozróżnienie tych dwóch rodzajów wydatków – padło na „żywność” i „jedzenie” i tak już zostało, więc proszę o wyrozumiałość przy czytaniu ;-)

Średnie miesięczne wydatki

Przechodząc do rzeczy – nasze koszty utrzymania w 2015 wyniosły średnio niemal równe 2200 EUR miesięcznie (dokładnie 2198 EUR), co stanowi wzrost o 365 EUR (20%) w stosunku do roku 2014.

Tutaj muszę zaznaczyć, że przeprowadziliśmy się do większego mieszkania, za które miesięcznie płacimy 350 EUR więcej, co mogłoby oznaczać, że nasze pozostałe koszty życia praktycznie się nie zmieniły, ale spory wpływ na wyniki ma fakt, że przeprowadzka miała miejsce dopiero w maju, a do tego dołożył się jeszcze nasz dłuższy pobyt w Polsce w pierwszej połowie roku. Jeśli podzielimy rok na dwie części i podliczymy średnie koszty życia, to wyniosą one odpowiednio 2073 EUR i 2323 EUR. Biorąc pod uwagę to, co napisałem wcześniej oraz powyższe kwoty, należy sądzić, że druga połowa roku jest jednak bliższa prawdziwej kwocie. To oznaczałoby wzrost wydatków o 488 EUR, co jest już wyraźnie wyższą kwotą, ale dalej uważam to za niezły wynik.

Jakby to kogoś interesowało, a był zbyt leniwy, żeby policzyć – powyższe kwoty przekładają się na 71 EUR dziennie (75 EUR jeśli weźmiemy pod uwagę tylko drugą połowę roku).

W tym samym czasie nasze całkowite wydatki miesięczne wyniosły średnio 2672 EUR (rok wcześniej: 2100 EUR). Oczywiście z racji zmiennego i mało przewidywalnego charakteru tych wydatków (np. w tym roku wpadł mi zakup laptopa, bo zmieniając pracę musiałem oddać ten, który używałem wcześniej) umieszczam tę informację raczej jako ciekawostkę – nie zamierzam zbyt szczegółowo analizować tej części naszych wydatków, bo nie sądzę, by było to zbyt wartościowe dla czytelników bloga.

Patrząc na te wydatki z rozbiciem na kategorie oraz procentową zmianę w stosunku do roku ubiegłego (po dokładne dane i kwoty z poprzedniego roku zapraszam do raportu):

  • mieszkanie: 1288 EUR (+28%)
  • prąd: 63 EUR (+35%)
  • gaz: 48 EUR (+2%)
  • woda: 13 EUR (b.d.)
  • internet: 41 EUR (+10%)
  • żywność: 482 EUR (+12%)
  • jedzenie: 96 EUR (+3%)
  • środku higieniczne i czystości: 39 EUR (+44%)
  • transport: 134 EUR (0%)
  • telefon: 40 EUR ( +60%)

I jeszcze raz to samo w postaci wykresu:

Koszty Utrzymania w Dublinie 2016

Tu dodam, że wydatki miesięczne na dziecko (jak już wspomniałem wyżej, z wyjątkiem żywności nie wrzucamy ich – nieco wbrew logice – do kosztów utrzymania) wyniosły średnio 150 EUR miesięcznie, co – biorąc pod uwagę wysokość Child Benefit (135 EUR) – oznacza, że utrzymanie tak małego dziecka jest w Irlandii stosunkowo mało bolesne dla portfela. Oczywiście problemy zaczynają się, kiedy trzeba je posłać do żłobka, ale to temat na osobny wpis…

Spostrzeżenia i ciekawostki

Patrząc na powyższe zestawienie oraz na moje „prywatne” tabelki w Excelu widzę kilka ciekawych faktów i zależności:

Koszt Ogrzewania

Mimo przeprowadzki do ponad połowę większego mieszkania (45 m.kw zamieniliśmy na 70 m.kw.), zmiana „ground level” na piętro wystarczyła, żeby rachunki za ogrzewanie pozostały na tym samym poziomie. Co więcej, we wcześniejszym mieszkaniu temperatura w lecie nie przekraczała 19 stopni, podczas gdy w obecnym często dobija do 22 (oczywiście bez grzania).

Żywność, a dziecko

W oczywisty sposób większe mieszkanie nie przekłada się na większe zakupy spożywcze, można więc z dużym prawdopodobieństwem założyć, że wyższe koszty zakupów żywności to w głównej mierze koszt związany z dzieckiem. Oznacza to, że nie licząc mleka modyfikowanego (kategoria „dziecko”), nasz syn „przejada” ok. 57 EUR miesięcznie, czyli ok. 27% tego co (średnio, rzecz jasna) ja lub żona – widać po nim ;-)

Środki czystości, a dziecko

Jeśli ktoś nie wierzy, że dziecko brudzi i bałagani, tutaj ma dowód czarno na białym. Większe mieszkanie nie usprawiedliwia tej różnicy, bo parkietów – czyszczonych spray’em – mamy tyle samo (dwa pokoje mają na podłodze dywan, którego koszt czyszczenia „siedzi” w opłatach za prąd), a kuchnia ma podobny rozmiar. Oczywiście piszę to z przymrużeniem oka, ale trudno nie zauważyć zależności ;-)

Najdroższy miesiąc

O ile najdroższym miesiącem w roku pod względem łącznych wydatków okazał się – niezbyt niespodziewanie – grudzień (3400 EUR; prezenty, wigilia, do tego zbiegło się to z wizytą w IKEI i większymi zakupami odzieżowymi), o tyle pod względem „kosztów życia” rekord pobił wrzesień, kiedy to wydaliśmy 2530 EUR. Część tej kwoty to wynajem auta i wycieczki do Glendaloug i Powerscourt Estate, ale ma na to też wpływ jedzenie „na mieście”, na które – z nieznanych mi przyczyn – wydaliśmy wtedy niemal równe 200 EUR, co raczej nam się nie zdarza. To chyba ogólnie był „głodny” miesiąc (nie, nie mieliśmy gości!), bo nawet wydatki na żywność przekroczyły znacząco to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni (575 EUR!).

Kim jesteśmy

W oczywisty sposób to kim jesteśmy i jak żyjemy ma spory wpływ na nasze koszty utrzymania, dlatego mimo iż miłośnikiem internetowego ekshibicjonizmu nie jestem, parę słów o nas w ramach „objaśnienia”:

„My” to małżeństwo, jeszcze dość młode (w połowie jeszcze przed trzydziestką, w połowie już niestety nie…) oraz – od nieco ponad roku – jeden przedstawiciel nowego pokolenia.

Odżywiamy się dość zdrowo (ale kubełkiem Ben&Jerry raz na parę tygodni nie pogardzimy!), lubimy gotować, choć od czasu pojawienia się dziecka nie mamy na to aż tyle czasu. Ja (mąż) jem lunche poza domem 1-2 razy w tygodniu – w pozostałe dni staram się brać jedzenie do pracy z domu. Kiedy kupujemy jedzenie, to stawiamy na średnią lub wyższą półkę, ale na ogół nie przepłacamy za „organiczne” produkty, chyba że mamy pewność, że razem z nazwą idzie też jakość, co nie zawsze jest prawdą. W przypadku produktów przetworzonych nie przepłacamy za markę; raczej patrzymy na skład. W przypadku produktów świeżych interesuje nas przede wszystkim jakość – cena, w rozsądnych granicach, jest sprawą drugorzędną.

Wynajmujemy mieszkanie “2 bedroom”, ok. 70 m. kw. w raczej droższej, ładnej, cichej i bezpiecznej okolicy nad samym morzem. Co ważne, mieszkanie mieści się na piętrze i pomiędzy dwoma innymi mieszkaniami, więc – jak na Irlandzkie standardy – jest dość ciepłe i poza 3-4 miesiącami w roku praktycznie nie wymaga ogrzewania (gaz). Mało rozmawiamy przez telefon komórkowy, ale korzystamy na nim z internetu. Ubrania kupujemy wtedy, kiedy potrzebujemy, a nie w celu zapełnienia szafy. Nie jesteśmy stałymi bywalcami restauracji, ale kilka razy w roku zdarza nam się „zaszaleć”, a czasami – raz na miesiąc lub dwa – kiedy nie mamy ochoty gotować, zamawiamy jedzenie na wynos. Nie posiadamy auta, nie palimy, nie oglądam telewizji.

Możliwe „dopłaty”

Jeśli interesuje Cię posiadanie auta, dolicz do podanych kosztów co najmniej 150 EUR miesięcznie + koszt paliwa.

Jeśli palisz, policz ok. 10-12 EUR za paczkę.

Jeśli chcesz oglądać TV, dolicz ok. 160 EUR rocznie za TV License.

Opłaty za wodę mamy zryczałtowane – jeśli płacisz wg. licznika, Twoje rachunki mogą być odczuwalnie wyższe.

Czy da się taniej?

Pytanie dalej aktualne, więc posłużę się nieznacznie zmodyfikowaną odpowiedzią z zeszłego roku.

Z całą pewnością da się – naszym celem nie jest oszczędzanie na wszystkim i jesteśmy od tego dalecy. Staramy się unikać głupich wydatków i drogich przyzwyczajeń, ale na przykład na żywności specjalnie nie oszczędzamy. Ważne jest też dla nas miejsce, w którym mieszkamy, więc jesteśmy skłonni dopłacić te 100-200 EUR za ładniejszą i bezpieczniejszą okolicę. Oczywiście weź też poprawkę na dziecko, jeśli go nie posiadasz.

Jest co najmniej kilka pozycji na naszej liście wydatków, których wysokość można obniżyć. Nie oczekuj jednak cudu – Dublin nie należy do tanich i należy mieć tego świadomość.

Z drugiej strony – miej na uwadze, że nie posiadamy auta, którego utrzymanie kosztuje, a bez którego wiele osób nie wyobraża sobie życia, więc w wielu przypadkach do naszych kosztów życia „na starcie” należy dodać ok. 150 EUR miesięcznie plus paliwo.

Być może zainteresują Cię też…

Zeszłoroczny raport

Czy przeprowadzka do Irlandii jest łatwa?

Zarobki w branży IT w Irlandii / Dublinie.

Jak wygląda szukanie i wynajmowanie mieszkania?

Lub po prostu sprawdź zbiór najważniejszych informacji dotyczących życia w Irlandii.

Podsumowując

Dublin jest drogi i chyba nikt nie ma co do tego wątpliwości. Do tego należy mieć na uwadze rosnące koszty wynajmu i nie nadążające za nimi płace (no chyba, że pracujecie w IT lub finansach – poza tym chyba nie jest zbyt różowo).

Mam nadzieję, że ten wpis będzie pomocny osobom, które rozważają przeprowadzkę do Irlandii (w szczególności do Dublina), albo dopiero co się tu przeniosły i próbują trzymać swoje wydatki w ryzach. Być może powyższe zestawienie zainteresuje też osoby, które mieszkają tu już od dłuższego czasu i są ciekawe jak ich miesięczny budżet wygląda na tle innych osób. Sam chętnie przeczytałbym jakie kwoty wydają na życie inni, więc jeśli chcesz się podzielić uwagami i przemyśleniami – zapraszam do komentowania :-)

Wykop ten artykuł!

Czytaj dalej


Ściągawka wyborcza: gdyby partie polityczne były batonikami

Tym razem pożyczone z Reddita:

Fianna Fail / Fine Gael – Twix. My favourite Twix bar is the left one. No they’re not the same, don’t be stupid. Look, the left one is entirely different from the right one, don’t be fooled by the fact that they’re the same size and shape and sold in the same packet. Yes, my father’s favourite was also the left one, what’s that got to do with it?

Sinn Fein – Daim. A thin veneer of sweetness covering a hard, inflexible centre. You used not to be able to buy them here but they seem to be in everything now. Splinters easily under pressure.

Labour – Milky Way. Looks like a big, solid Mars bar on the outside but is actually entirely made up of a gooey, weak froth that melts under the mildest heat. Now in treat size.

AAA-PBP – Picnic. A load of random shite roughly piled together and thinly coated with chocolate to give the vague appearance of being a cohesive whole. May contain nuts.

Social Democrats – Bounty. Multiple bars per packet. Packed full of lovely clean, white policy as yet unsullied by the outside world. Contents nevertheless seem a bit flaky.

Green Party – Wispa. Used to be a big deal but disappeared due to lack of demand, then brought back by a grassroots campaign. A bit bubbly.

Renua – Caramac. Awful old rubbish that was popular 30 years ago but that nobody buys any more. Strangely sweet but with a terrible aftertaste.

Independents – Revels. A variety of shapes and sizes, but you never know quite what you’re going to get until you bite into them. Need to be kept tightly wrapped up in their packaging or they’ll spill out all over the place.

Źródło

Czytaj dalej


BER, czyli Building Energy Rating

Niezależnie od tego, czy chcemy wynająć, czy też kupić nieruchomość, warto zadbać o to, żeby nie wymagała ona wydawania majątku na ogrzewanie, co w Irlandii jest dość typowym problemem, szczególnie w przypadku domów. Na ratunek kupującym i wynajmującym pędzi BER, czyli współczynnik „energooszczędności cieplnej” nieruchomości. Co warto o nim wiedzieć, zanim zaczniemy przeglądać Daft.ie?

Najbardziej interesującą informacją na temat BER jest to jak – szacunkowo rzecz jasna – wpływa on na roczny koszt ogrzewania mieszkań i domów o określonej powierzchni. Oczywiście realny koszt zależy od wielu innych czynników (np. to jak często wietrzycie, czy choćby od tego jak bardzo grzeją Wasi sąsiedzi), ale warto mieć pojęcie o ile procent więcej statystycznie płaci się za niższy BER w przypadku mieszkania zbliżonego do tego, w którym mieszkacie. Oto tabelka, która pokazuje te różnice, wyrażone jako roczny koszt ogrzewania do „komfortowego” poziomu, jakkolwiek by on nie był zdefiniowany („This table gives estimated annual fuel cost and CO2 emissions on the basis of typical occupancy and heating the entire dwelling to a comfortable level”):

BER-tabela

Co to znaczy dla portfela?

Jak widać różnice pomiędzy poszczególnymi „poziomami” BER spośród tych najpowszechniejszych są dość wyraźne.

W przypadku mieszkań i BER z „najpowszechniejszego” chyba przedziału B-D różnica jest duża przede wszystkim procentowo, ale kwotowo jeszcze nie poraża. Oczywiście 600 EUR rocznie różnicy pomiędzy B3 i D1 dla mieszkania to nie drobnostka, ale to i tak drobiazg, jeśli spojrzymy na domy – w ich przypadku ta sama różnica w BER przekłada się na 1600 EUR różnicy, ale warto mieć na uwadze, że D1 to dla domu niezły wynik (szczególnie dla starszego budownictwa), a niczym wyjątkowym nie są domy z BER E, a różnica pomiędzy D1 i F to już niemal 3000 EUR szacunkowych kosztów.

Moja rada?

Po pierwsze – miarę możliwości warto unikać nieruchomości z BER C i gorszym. W przypadku mieszkań należy celować nawet wyżej (najlepiej B, ale C1 też jest jeszcze sensowne). W przypadku domów C to na ogół bardzo dobry współczynnik, więc nie ma co wybrzydzać, ale warto mieć na uwadze, że wg. powyższej tabelki różnica między C1 i C3 to dla domu wolnostojącego nawet 700 EUR rocznie różnicy.

Po drugie – omijać oferty, w których BER nie jest podany, bo zazwyczaj oznacza to E lub mniej. Jeśli ów współczynnik jest „dobry”, to ogłoszenie z pewnością o nim wspomni.

Po trzecie: jeśli mamy podejrzenia, że podany BER nie jest prawdziwy (np. dom ma BER D i otwarty kominek), to należy to oczywiście zweryfikować prosząc landlorda / sprzedającego o certyfikat.

Po czwarte – zanim podejmiemy decyzję o wynajmie warto sobie zadać trud i poświęcić 2 minuty na porównanie orientacyjnych wydatków na ogrzewanie i ewentualnej korzyści z wynajmu tańszego mieszkania / domu. Nie jest niczym niespotykanym, że ludzie „łaszą” się na 100 EUR mniej miesięcznego czynszu, a potem płacą rachunki ponad 200 EUR miesięcznie, podczas kiedy mogliby płacić np. 50-70 EUR. To samo dotyczy zakupu nieruchomości, ale tu oczywiście matematyka jest nieco trudniejsza, bo musimy wziąć jeszcze pod uwagę np. opłacalność wymiany okien, ocieplenia domu etc.

Reszta informacji

Jeśli chcecie zobaczyć całość ulotki, znajduje się ona tutaj.

Czytaj dalej


Wschód słońca w Clontarf

Nie wrzucam zbyt często zdjęć, bo preferuję „konkretne treści”, przydatne ludziom mieszkającym lub planującym przeprowadzkę do Irlandii, ale dzisiaj nie mogłem sobie odmówić. Zdjęcie robione komórką może tego nie oddawać tak dobrze jakbym chciał, ale bezchmurne niebo i płynne przejście koloru nieba od czerwieni do błękitu wyglądało naprawdę pięknie.

IMG_20160120_080943

Czytaj dalej


13 oznak, że mieszkasz w złej okolicy

Natchnięty kilkoma obserwacjami z ostatnich dni postanowiłem – pół żartem, pół serio – zebrać listę oznak, które mogą wskazywać na to, że mieszkasz w okolicy powszechnie klasyfikowanej jako „rough”:

  1. Najpopularniejsze powitanie w okolicy to „Howya!”
  2. Twoi sąsiedzi mają na imię Stevo i Iano, albo używają pseudonimów
  3. Sąsiedzi wrzeszczą kiedy rozmawiają, nawet jeśli stoją pół metra od siebie
  4. Nie dziwi Cię, kiedy kilkuletnie dziecko sąsiadów krzyczy niezadowolone do mamy: „F*ck you, you cunt!”, a ta – goniąc je – wrzeszczy: „Come here, you little fecker!”…
  5. …a starsza pani z domu obok uważa, że „to słodkie, ale mama ma rację, bo pięciolatek nie powinien jeszcze palić papierosów”
  6. Kiedy mężczyzna grozi kobiecie nożem to nikt z sąsiadów nie reaguje, bo „każde małżeństwo się czasem kłóci”
  7. Najpopularniejszy stój wyjściowy wśród mieszkających w okolicy kobiet to szare spodnie dresowe i różowa bluza z kapturem…
  8. …a wśród mężczyzn – ciemne dresy, biały t-shirt oraz imitacja złota na szyi
  9. Nie widzisz nic dziwnego w kobiecie w szlafroku (koniecznie różowym) palącej przed domem „porannego” papierosa. O 16:00
  10. Uważasz Irlandię za krainę dobrobytu – w końcu większość z Twoich sąsiadów nie pracuje, a wszyscy mają dom i dość pieniędzy na życie
  11. Sąsiad z naprzeciwka ma własny biznes – coś z rowerami. Musi ciężko pracować i być bardzo zajęty w ciągu dnia, bo wszystkie dostawy towaru odbywają się w środku nocy
  12. Syn sąsiada, na pytanie o to, do której klasy chodzi, od trzech lat odpowiada, że do czwartej
  13. Nie rozumiesz, dlaczego ten wpis znajduje się w kategorii „Na Wesoło”

O czymś zapomniałem? ;-)

Czytaj dalej


Jak znaleźć pracę w IT w Irlandii

Dziś postanowiłem napisać parę słów o tym, jak możliwie zwiększyć swoje szanse znalezienia pracy w IT w Irlandii. To dość częste pytanie z którym się spotykam, istnieje też kilka mitów z nim związanych, dlatego zdecydowałem się poświęcić temu tematowi osobny wpis na blogu. Mam nadzieję, że wpis się przyda – szczególnie teraz, kiedy rynek IT w Irlandii (głównie w Dublinie) rośnie jak na drożdżach i pochłania praktycznie dowolne ilości specjalistów.

Wpis będzie dotyczył przede wszystkim osób, które mają już jakieś doświadczenie zawodowe (2-3 lata to minimum dla większości ofert), ale nawet osoby szukające pracy na stanowiskach „juniorskich” powinny znaleźć tu informacje dla siebie. Oczywiście skupiam się na szukaniu pracy z Polski, ale „miejscowi” też mogą skorzystać z porad dotyczących tego jak się dobrze zaprezentować przed pracodawcami.

A dla wytrwałych? Niespodzianka na końcu tekstu! ;-)

Mity dotyczące szukania pracy w IT w Irlandii

Na początek zajmę się mitami – wiele ludzi wierzy w nie, przez co zabiera się do szukania w bardzo zły sposób, marnując swój czas, a często pieniądze.

Mit Pierwszy: Pracy należy szukać „na miejscu”

Nie, nie i jeszcze raz nie. Szczerze odradzam i jeśli mimo wszystko chcesz przyjechać szukać pracy na miejscu – nie mów, że nie ostrzegałem.

Po pierwsze, firmy IT mają bardzo duże „parcie” na zatrudnianie specjalistów, przez co są one chętne, by zatrudniać pracowników zza granicy i nie oczekują, że mieszkasz 15 minut drogi od ich biura, żeby wpaść już jutro na rozmowę kwalifikacyjną. Co więcej, plusem rekrutacji w IT jest to, że umiejętności techniczne stosunkowo łatwo można zweryfikować „zdalnie”. Z tego powodu większość procesu rekrutacji może odbyć się zdalnie (np. zadanie programistyczne) oraz przez Skype (pierwszy screening, a potem kolejne rozmowy techniczne), a spotkanie twarzą w twarz może być końcowym etapem rekrutacji. Wiele firm zapłaci nam wtedy za część lub całość kosztów przelotu i pobytu, a nawet jeśli nie, to sami możemy zorganizować sobie kilka rozmów w ciągu 3-4 dni i upiec kilka pieczeni przy jednym ogniu. Cały taki proces rekrutacyjny może potrwać od dwóch tygodni do miesiąca (albo i dłużej), ale Wasza obecność na miejscu jest wymagana zazwyczaj tylko RAZ. Jeden raz, pół dnia – nie przez 3 tygodnie non-stop.

Po drugie Dublin jest drogi. Przyjazd tutaj to „spalanie” pieniędzy. My, mieszkając tu na stałe mamy ok. 70-75 EUR „stałych” kosztów dziennie (wynajem mieszkania, rachunki, jedzenie, transport etc.). Nie jestem na bieżąco z cenami hoteli, ale strzelam, że to co najmniej 50% więcej. AirBnB jest tańsze – w naszej okolicy trzeba liczyć ok. 45-70 EUR za dzień, ale generalnie da się znaleźć przyzwoity pokój w rozsądnej odległości od centrum za ok. 40-50 EUR za dzień. Do tego doliczcie co najmniej 20 EUR za dzień na jedzenie i transport (zakładam 2 bilety za 2.50 EUR i w wersji „dietetycznej” lunch na mieście za 9 EUR i śniadanie za 6 EUR we własnym zakresie). To, w zaokrągleniu, 400-500 EUR tygodniowo. Nie ma takiej rekrutacji w IT, która by się zakończyła w tydzień – mówimy o co najmniej 2 tygodniach siedzenia na miejscu, czyli o potencjalnie wyrzuconym w błoto 1000 EUR, czyli ~4200 PLN. Zauważcie, że zupełnie pominąłem tu koszt przelotu.

Prawda: pracy w IT szuka się w Irlandii zdalnie, kropka. Jeśli nie jesteście pewni swoich umiejętności, to siedzenie tutaj w niczym Wam nie pomoże. Jeśli jesteście dla potencjalnego pracodawcy potencjalnym wartościowym nabytkiem, to poza nielicznymi wyjątkami nie będzie miało dla niego znaczenia, czy przyjedziecie na rozmowę jutro, czy za półtora tygodnia – poczekają. Oczywiście nie dotyczy to kontraktów, gdzie czasem szuka się ludzi „na już”, ale to jest margines rynku – zwykle nawet kontraktorzy są zatrudniani z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Przyjazd planujcie „z głową”, a pieniądze oszczędźcie na przeprowadzkę – jeśli przyjedziecie tu na stałe, będziecie potrzebować co najmniej ok. 2-3 tys. EUR na start, wynajęcie mieszkania lub pokoju, przejazdy i życie do pierwszej wypłaty.

Mit – każdy moment jest dobry na szukanie pracy

Spotykam się czasami z ludźmi, którzy mają taki oto pomysł: „mam czas w wakacje, przyjadę i poszukam pracy”. Świetnie, ale prawdopodobnie marnujesz czas.

Nie jestem specjalistą od rynku pracy, ale znam go na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że są w roku dwa martwe sezony: tuż przed wakacjami i na początku wakacji oraz grudzień, Święta i Nowy Rok. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że wakacje to leniwy okres, w biurze jest mało ludzi, brakuje „kompletu” osób wymaganych do przeprowadzenia procesu rekrutacji (HR, osoby techniczne, team leader etc.), a nawet jeśli taki komplet się znajdzie, to ma więcej roboty, bo zamiast np. 3 osób od HR jest tylko jedna, więc „przepustowość” rekrutacji drastycznie spada. Jeszcze gorszy jest grudzień – ta sama sytuacja, ale do tego dochodzą kończące się budżety roczne, często brak szczegółowych planów na zbliżający się rok i ogólny zastój procesów decyzyjnych.

OK, wiemy już kiedy pracy nie szukać. A kiedy szukać? Na logikę – tuż po okresach przestojów: na początku nowego roku (zwykle 2-3 tydzień stycznia, żeby firmy zdążyły się na nowo „rozpędzić” po leniwym grudniu) oraz pod koniec wakacji (koniec sierpnia, wrzesień). Do tego okres przed wakacjami (kwiecień / maj) też wydaje mi się nieco bardziej „żywy”.Reszta roku jest w moim odczuciu neutralna – oferty się pojawiają, ale nie ma ich zbyt wielu.

Aby nie być gołosłownym, patrzę teraz na mojego LinkedIn’a „od końca roku” i zliczam „sensowne” oferty: w grudniu dostałem ich 4, w listopadzie 3 (ale wtedy zaktualizowałem mój profil o nową pracę, więc rekruterzy wiedzieli, że nie mają po co pisać ;-) ), następnie od sierpnia do października dostawałem po 10-12 ofert miesięcznie. W czerwcu i lipcu dostałem odpowiednio 6 i 5 ofert, w maju 17 (!), w lutym, kwietniu i marcu po ok. 8-10, w lutym 12 i 14 w styczniu. Oczywiście mój przypadek nie może służyć za źródło jedynej prawdy o rynku pracy, ale pozwala zauważyć, że w ciągu roku są lepsze i gorsze okresy na szukanie pracy.

Prawda: Szukając pracy należy uważać na sezon wakacyjny i grudzień. Warto skupić się na szukaniu w pozostałych miesiącach roku, ze szczególnym naciskiem na styczeń oraz okres tuż przed sezonem wakacyjnym oraz tuż po.

Szukanie pracy – jak się pokazać?

Wiemy już jakich błędów nie popełniać, pora więc ustalić co zrobić, żeby zwiększyć swoje szanse.

Zakładam, że mamy ładne CV w postaci dokumentu PDF oraz założony profil na LinkedIn, który jest najważniejszym źródłem ofert pracy w IT w Irlandii (prócz bycia poleconym przez znajomego). Co jeszcze możemy zrobić, żeby wpaść rekruterom w oko? Najlepiej zacząć od poprawienia widoczności naszego profilu na LinkedIn. Oto kilka sugestii:

Jeśli jesteś programistą, tłumacz to  jako „Software Engineer”

Z mojego doświadczenia wynika, że to „Software Engineer”, a nie „Software Developer”, a już tym bardziej nie „Software Programmer” jest najpopularniejszym i „najlepszym” określeniem na zawód programisty w języku angielskim. Tak nazywa się to stanowisko w większości ofert, tego szukają rekruterzy. Jeśli uważasz, że to nie ma znaczenia, to pomyśl o polskim „programiście” i „informatyku”.

Popraw opis w nagłówku swojego profilu LinkedIn.

Opis w nagłówku, czyli tekst widoczny pod Twoim imieniem i nazwiskiem to pierwsza rzecz, która rzuca się rekruterowi w oczy i „sprzedaje” Twój profil. To także coś, co pozwala Cię łatwiej znaleźć. Użyj tego miejsca najlepiej jak potrafisz – nie pisz tam tylko o swoim obecnym stanowisku („Developer at XYZ”), ale napisz też coś o sobie, upychając w tej sekcji kilka istotnych słów kluczowych („Software Engineer at XYZ | Java, Scala, Python ninja | Big Data enthusiast”). Oczywiście nie należy przesadzać w drugą stronę, ale kilka słów kluczowych to dobry pomysł.

Ustaw w profilu LinkedIn znajomość języka „english” (a nie „angielski”)

Sporo osób przyzwyczajonych do szukania pracy w Polsce ma ustawiony język jako „angielski”. Oczywiście nie ułatwiamy w ten sposób znalezienia nas przez rekruterów, jeśli Ci oczekują znajomości języka „english”. Warto im pomóc.

Zmień podane w profilu LinkedIn miejsce pobytu na Irlandię

Tak, wiem, nie brzmi do końca uczciwie, skoro szukamy pracy z Polski, ale zależy nam na widoczności naszego profilu wśród Irlandzkich rekruterów i to jest sposób na osiągnięcie celu. Oczywiście należy im wyjaśnić naszą sytuację jak tylko się z nami skontaktują. Dla większości nie będzie to stanowiło większego problemu, skoro i tak jesteście nastawieni na wyjazd za granicę.

Dołącz do kilku grup „tematycznych” i do grup z ofertami pracy

Sporo rekturetów szuka kandydatów w takich grupach. Dołączenie zarówno do grup poświęconym konkretnym technologiom („Scala Enthusiasts”, „Java Users Group” itp.), jak i tym związanym z pracą ( „IT jobs in Dublin” itp.)

Oczywiście to tylko kilka „prostych trików” które polecam w celu zwiększenia „widoczności” naszego profilu na LinkedIn. Warto jednak przejrzeć całe swoje CV pod kątem treści, poprawności i wyglądu, posiłkując się przy tym artykułami na ten temat znalezionymi w internecie.

Czy warto szukać ofert na stronach takich jak Jobs.ie czy IrishJobs.ie? Na pewno nie zaszkodzi, ale LinkedIn to podstawa. Co więcej, LinkedIn jest świetnym „papierkiem lakmusowym” tego, jak wyglądają nasze szanse na pracę – jeśli rekruterzy sami do nas piszą, to jesteśmy na dobrej drodze. Jeśli nie piszą, to można pisać do nich samemu za pośrednictwem takich stron, ale warto mieć na uwadze to, że brak odzewu prawdopodobnie oznacza, że albo nasz profil zawodowy nie odpowiada temu, czego rekruterzy szukają, albo mamy za małe doświadczenie, więc wysyłając odpowiedzi na oferty znalezione w innych miejscach też wiele nie zdziałamy.

I pamiętaj – „świat IT” w Irlandii jest bardzo mały

To raczej porada na przyszłość: tutejszy „świat IT” jest mały. Ten w Dublinie jest jeszcze mniejszy. Co chwilę spotykasz ludzi, którzy znają Twoich kolegów z pracy, którzy pracowali z nim w poprzedniej pracy, albo znają się z uczelni. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że co najwyżej „dwa uściski” ręki dzielą Cię od pracownika dowolnej firmy z branży IT w Dublinie. Ten fakt ma bardzo istotne konsekwencje:

Konsekwencja dobra – jeśli jesteś dobry, to wszyscy szybko o tym wiedzą

Jeśli znasz się na swojej pracy, jesteś niezawodny, życzliwy, miło się z Tobą pracuje, to po paru latach w Irlandii znalezienie pracy sprowadzi się dla Ciebie do spotkania na kawie z rekruterem i ustalenia warunków. Ilość „poleceń” jakie dostaniesz od swoich byłych kolegów sprawi, że nie będzie potrzeby bawić się w formalności. Co ważne, nawet jeśli nie pracujesz tu od wielu lat, to i tak dwie trzy dobre referencje mogą ułatwić Ci szukanie pracy. Opinia innych osób o Tobie ma tu bardzo duże znaczenie i warto o nią dbać.

Konsekwencja zła – jeśli jesteś zły, to wszyscy o tym wiedzą… Jeszcze szybciej.

Jak możesz się domyślać, mały rynek działa w obie strony – jeśli jesteś kiepskim pracownikiem i nieżyczliwym kolegą, Twoje szanse na dobrą pracę maleją. Złe opinie rozchodzą się szybko i możesz być pewien, że będą brane pod uwagę przy rekrutacji, dlatego warto wyjaśniać sobie wszystko i rozstawać się z pracodawcami w dobrych relacjach nawet, jeśli nie byliśmy do końca zadowoleni ze współpracy z nimi.

Warto dodać, że nawet jeśli ktoś nie do końca sprawdzi się jako pracownik, to istnieje bardzo niewielka szansa, że ktoś będzie chciał wystawić mu negatywną opinię kiedy będzie szukał kolejnej pracy – zwykle w takich przypadkach mówi się, że pracownik był „w porządku”, ale że „nie do końca wpasował się w zespół”, albo „praca nie odpowiadała jego profilowi i zainteresowaniom”. Tutaj wychodzi Irlandzka (wyspiarska) „życzliwość” – nawet jeśli współpraca układała się nieidealnie, nikt raczej nie będzie Ci chciał długofalowo zaszkodzić z tego powodu; całą „moc” negatywnych referencji zostawia się na ludzi, którzy byli naprawdę złymi pracownikami – nie wywiązywali się z tego co do nich należało, byli konfliktowi, czy nieuczciwi. Wobec nich nikt raczej nie ma skrupułów i pracodawcy będą się wzajemnie chronić przed zatrudnianiem ludzi, którzy byli dla nich takim problemem.

FAQ lub CZP, czyli Często Zadawane Pytania

Pozostałe pytania, z którymi często się spotykam ciężko mi uporządkować, dlatego postanowiłem zebrać je w postaci pytań i odpowiedzi:

Nie mam pojęcia o zarobkach w Irlandii, jak negocjować?

Najpierw zapoznaj się z tym wpisem o zarobkach. Potem oszacuj swoje koszty życia korzystając z mojego raportu. Wiedz czego możesz oczekiwać i ile potrzebujesz aby żyć wygodnie i odłożyć tyle ile zakładasz (albo ile chcesz przepuścić miesięcznie na głupoty, jeśli nie zamierzasz odkładać ;-) ). A potem…

Poproś pracodawcę o przedstawienie Ci propozycji! Poważnie. Na początkowych etapach rozmów unikaj deklarowania ile chcesz zarobić – nie mieszkasz w Irlandii, masz prawo nie wiedzieć ile dokładnie oczekujesz. Masz swoje wyobrażenie, ale nie chcesz się deklarować – graj głupiego. Jeśli pracodawca chce Cię zatrudnić, to ma już wyobrażenie o tym, co chce Ci zaproponować. Jeśli to duża firma, to ta kwota zwykle nie podlega dużej negocjacji, więc nie ryzykuj, że powiesz mniej niż mógłbyś dostać. W przypadku mniejszych firm im bardziej pracodawcy zależy, tym większa szansa, że dostaniesz więcej niż mógłbyś sam zaproponować. Moja rada? Zaryzykuj.

Ja pracuję obecnie w drugiej firmie w Irlandii i jeszcze ani razu nie przedstawiałem swoich wymagań – najpierw, jak napisałem wyżej, „grałem głupiego” i poczekałem na propozycję (dostałem 10% więcej niż oczekiwałem), a za drugim razem zagrałem w otwarte karty, powiedziałem ile aktualnie zarabiam i poprosiłem rekrutera o to, żeby przedstawił ofertę, która wydaje mu się adekwatna. Ponieważ zależało mu na zatrudnieniu mnie, obiecał mi: „I’ll make you an offer you can’t deny” – słowa dotrzymał ;-)

Na co jeszcze, prócz doświadczenia zawodowego, zwracają uwagę pracodawcy?

Open Source. Ja swoją pracę jako programista Java (w Big Data) dostałem pracując jeszcze jako Pythonowiec. Co przekonało pracodawcę? Miałem na koncie kilka napisanych w Javie „patchy” do jednego z projektów Open Source – pracodawca przejrzał je sobie, ocenił co potrafię i miało to dla niego większe znaczenie niż to, że na co dzień, w mojej normalnej pracy, w Javie pisałem dwa razy w roku.

Alternatywa to własny projekt Open Source, nawet taki „zabawkowy”, byle ładnie napisany, otestowany itp. Coś, czym można się pochwalić. Na plus działają też wszystkie kursy (Coursera itp.), ale to dodatek – kod, kod i jeszcze raz kod. Jeśli widzę kod, to wiem co umiesz. Jeśli widzę certyfikat, to wiem tylko co być może umiesz, a co będę musiał dopiero zweryfikować.

Jak wygląda typowa rekrutacja przy szukaniu „zdalnym”?

Wszystko zależy od firmy, część z nich ma swoje bardzo „nietypowe” procedury rekrutacyjne, ale zwykle dla większości z nich schemat jest dość podobny. Pierwsza jest rozmowa (nietechniczna) na Skype z rekruterem – czasami to pół godziny, czasami godzina, rzadko nieco więcej. Zdarza się, że rekruter pyta o bardzo ogólne kwestie techniczne (potwierdza to co jest w CV, pyta o znane technologie itp.), ale nie należy się raczej spodziewać zagadek logicznych czy programistycznych. Drugi krok to na ogół zadanie programistyczne do zrobienia w domu – zwykle jakiś prosty projekt albo problem algorytmiczny. Na ogół powinien on zająć parę godzin, ale na jego odesłanie będziemy mieli kilka dni. Niektóre firmy pomijają ten krok, ale wydaje się on zyskiwać na popularności. Potem prawdopodobnie będzie miała miejsce co najmniej jedna (zwykle więcej: 2, może nawet 3) techniczna rozmowa na Skype – problemy do rozwiązania, algorytmy itp. Jeśli wszystko do tej pory poszło pomyślnie, tu następuje moment, kiedy będziemy musieli pofatygować się do Irlandii i spotkać się z kimś twarzą w twarz. Może to być miła pogawędka z kilkoma przyszłymi kolegami, ale może to też być kolejny zestaw rozmów technicznych – ciężko powiedzieć, to zależy od firmy. Jeśli wcześniejsze rozmowy poszły nam dobrze, to jest spora szansa, że potencjalny pracodawca wie już co umiemy i chce się tylko przekonać jak dobrze pasujemy do zespołu. Nawet jeśli pytania są techniczne, to bardziej mają one na celu zobaczenie jak będzie się z nami współpracować, jakimi będziemy kolegami itp. Po kilku dniach po tej rozmowie, jeśli wszystko poszło jak należy, powinniśmy dostać ofertę pracy, którą możemy zaakceptować lub odrzucić.

Dostaję masę ofert, ale po pierwszym kontakcie rekruterzy się więcej nie odzywają!

Po pierwsze: uważaj na „łowców CV” – nie wiem, czy mają oni płacone od CV wprowadzonego do systemu, czy może w tak dziwny sposób rozumieją ideę swoje pracy, ale jest grupa rekruterów, którzy polują na CV i reszta ma dla nich marginalne znaczenie.

Po drugie: sporo firm rekrutacyjnych nie szuka specjalistów, tylko skupia się na rekrutowaniu informatycznych „robotników” do mało ambitnych kontraktów. Jesteście dla nich tylko pozycją na liście – jeśli pasujecie do profilu konkretnej oferty, pod którą aktualnie rekrutują, to będą bardzo mili i „profesjonalni”. Jak tylko przestaniecie być potrzebni, zerwą kontakt… aż do czasu następnej oferty. Relacja z nimi jest czysto „biznesowa”, z tym że to Wy jesteście w tym biznesie towarem ;-)

Jak więc wybierać te wartościowe oferty?

Polecam skupiać się na ofertach, które są krótkie – jeśli lista wymagań dotyczących znanych technologii jest dłuższa niż 3-5 pozycji w różnych kategoriach i wszystkie one są wymagane, to zapala mi się czerwona lampka. Dobra oferta powinna skupiać się na kilku technologiach i powinna zostawiać pewną dowolność – np. „fajnie jeśli znasz MySQL’a, ale PostgreSQL też będzie w porządku; ostatecznie inna baza relacyjna też, jeśli jesteś biegły w SQL’u”.

Dobra oferta zawiera informację o firmie. Nie musi ona podawać jej nazwy (żebyście nie uderzyli bezpośrednio do tejże firmy), ale powinna informować o branży, co konkretnie firma robi, czy jest duża, do jakiego projektu rekrutuje itp. Im więcej informacji – tym lepiej. Oferta pt. „szukamy XYZ z takimi wymaganiami, zainteresowany?” od razu ląduje u mnie w koszu.

Dobra oferta powinna informować nie tylko o wymaganiach, ale także o tym co oferuje pracodawca. Brak tej informacji świadczy o stosunku pracodawcy do pracownika. Widełki płacowe to rzadkość, szczególnie jeśli firma szuka ludzi z różnym doświadczeniem, więc bym ich koniecznie nie oczekiwał, ale powinna chociaż wspominać takie kwestie jak benefity, czy „warunki / środowisko pracy”.

Oczywiście warto korzystać ze sprawdzonych firm rekrutujących – ja ze swojej strony mogę polecić szczególnie e-Frontiers, która to firma sprowadziła mnie do Irlandii. Bardzo, bardzo profesjonalne podejście do tego co robią i bardzo mili ludzie z „indywidualnym” podejściem do osób, które rekrutują. Jeśli będziecie mieli z nimi przypadkiem kontakt, szczególnie z Vincentem lub Johnem, to możecie wspomnieć tego bloga ;-)

Rekruter pyta mnie, kiedy mogę zacząć pracę, co powiedzieć?

Prawdę. Policz swój okres wypowiedzenia w Polsce, dodaj do tego trochę czasu na przeprowadzkę i szukanie mieszkania na miejscu (ciężko się ich szuka, kiedy już pracujesz i prosto z pracy jedziesz oglądać mieszkania). Polecam zarezerwować sobie na to od tygodnia do półtora. 2-3 dni na załatwienie ostatnich spraw w kraju (zakładam, że większość da się załatwić podczas okresu wypowiedzenia), a resztę na „ogarnięcie się” i szukanie mieszkania po przyjeździe. Nie należy rzecz jasna przesadzić w żadną stronę – zbyt długi okres potrzebny na przeprowadzkę może zniechęcić pracodawcę, a poza tym opóźni naszą pierwszą wypłatę i wydrenuje kieszeń z oszczędności. Zbyt mało czasu z kolei sprawi, że będzie nam dość ciężko przez parę pierwszych tygodni.

Ja zacząłem pracę 3 dni po przyjeździe i zdecydowanie było to zbyt wcześnie – szukanie mieszkania było dość kłopotliwe, a pierwsze dwa tygodnie wspominam jako ciągłą bieganinę. Wydaje mi się, że 2-3 dni więcej zrobiłyby mi dużą różnicę na plus.

To co z tą niespodzianką?

Firma, dla której pracuję – Zalando – intensywnie poszukuje specjalistów! Planujemy zatrudnić nawet ok. 100 osób w Dublinie w 2016 roku. Przede wszystkim szukamy programistów (Software Engineer) – preferowana jest Scala, Java i Python, ale jeśli ktoś naprawdę dobrze zna się na rzeczy, ma doświadczenie i chce się przekwalifikować to aktualnie używany język ma drugorzędne znaczenie. Doświadczenie w Big Data to wielki plus, bo tym się zajmujemy, ale ponownie – nic obowiązkowego. Dla kandydatów z „górnej półki” jesteśmy elastyczni. Oczywiście w zamian oferujemy świetne warunki – od zespołu i biura zaczynając, przez organizację pracy i wyzwania zawodowe, na zarobkach  i benefitach kończąc. Z racji tego, że szukamy osób na wielu poziomach doświadczenia (3+ lat), nie mamy określonych widełek, ale zapewniam, że propozycje dla właściwych kandydatów mogą znacznie przekroczyć górne widełki podawane w raportach o zarobkach.

Szczegóły oferty znajdują się tutaj.

Jeśli jesteś zainteresowany/a ofertą, możesz zaaplikować bezpośrednio przez stronę, albo odezwać się do mnie przez formularz kontaktowy. Jeśli masz pytania – pytaj.

Oprócz programistów szukamy też Data Scientistów, Product Specialistów i People Lead (wybaczcie brak polskich nazw).

Szukacie pracy, ale rozważacie także Berlin, albo Helsinki? Tu znajdziecie więcej ofert.

Chcesz pracować dla Zalando, ale nie widzisz oferty dla siebie? Pochwal się co umiesz, a może znajdziemy coś specjalnie dla Ciebie.

Zapraszam!

Czytaj dalej


An Post Redirection, czyli przekierowanie poczty

Tym razem krótko i treściwie: jestem zaskoczony jak wiele osób przy przeprowadzce martwi się tym, że ich korespondencja niedoręczona przed wyprowadzką przepadnie, albo trafi do poprzedniego Landlorda, przez co będą się oni musieli do niego fatygować po odbiór. Jestem zaskoczony, bo istnieje usługa, która pozwala za stosunkowo sensowną opłatą rozwiązać ten problem.

Redirection

Redirection, bo tak nazywa się usługa An Post, to po prostu przekierowanie poczty. By z niej skorzystać należy wypełnić prosty druczek dostępny w każdej placówce pocztowej oraz okazać swój „proof of address” dla mieszkania, z którego się wyprowadzamy i po 5 dniach roboczych każda przesyłka, która będzie zaadresowana na nasze dane osobowe i stary adres (spam wysyłany do „The Resident” albo koperty bez nazwiska odbiorcy nie zostaną przekierowane) trafi pod nasz nowy adres.

Istnieje oczywiście możliwość zamówienia usługi przez internet, ale wtedy zacznie ona działać najszybciej po 7 dniach roboczych, co nie zawsze musi nam odpowiadać.

Ceny nie są niskie, ale moim zdaniem warte wygody. Jeśli dobrze zorganizujemy naszą przeprowadzkę i szybko powiadomimy wszystkich (bank, dostawca prądu i gazu, Revenue, Welfare etc.) o nowym adresie, to najtańszy pakiet – 3 miesiące za 70 EUR – wystarczy nam „z zapasem”. Jeśli nie, do wyboru są jeszcze opcje 6 miesięcy (95 EUR) i rok (130 EUR). Za nieco większą opłatą można też przekierować pocztę na adres zagraniczny.

Oczywistym minusem rozwiązania jest to, że dotyczy ono tylko An Post, ale moim zdaniem to nieistotna wada – większość „ważnej” korespondencji (banki, urzędy) dociera do nas właśnie przez An Post, a jeśli spodziewamy się kuriera, to zwykle dlatego, że sami go zamówiliśmy, albo wiemy, że ktoś go dla nas zamawia, więc szansa, że przesyłka zostanie nadana na zły adres jest minimalna.

Moim zdaniem komfort i uniknięcie problemów z niedoręczonymi przesyłkami jest wart tej ceny. Z usługi korzystałem, mogę polecić.

Czytaj dalej