Ciekawostka: wybory, a ruch na blogu o emigracji

Mała ciekawostka na dzisiaj – w „powyborczy poniedziałek” ruch na moim blogu był o ponad 85% większy niż wynosi miesięczna średnia i ponad 45% większy niż w dniu wcześniejszym. Warto dodać, że poniedziałek – choć jest zwykle dobrym dniem – na ogół nie wyróżnia się tak drastycznie na tle innych dni tygodnia pod względem ilości odwiedzin.

zycienazielono-a-wybory

Przypadek, czy nadzieja w narodzie powoli umiera i co raz więcej ludzi zamierza wyjechać za granicę? ;-)

A tak na poważnie – nie wyciągałbym z tego wykresu daleko idących wniosków, ale zbieżność jest ciekawa, nie sądzicie?

W wolnej chwili zamierzam zbadać ten temat dokładniej i sprawdzić jak wyglądał ruch w poszczególnych godzinach w niedzielę wieczorem i w poniedziałek w ciągu dnia, a także jakie strony były najczęściej odwiedzane.

Aktualizacja: W kolejnych dwóch dniach ilość odsłon wzrosła jeszcze bardziej (wspomniane 85% zamieniło się w nieco ponad 100%!), żeby potem spaść do poziomu o ok. 25% wyższego niż to, co obserwuję na co dzień.

Czytaj dalej


Cudze kupicie, za swoim zatęsknicie!

Choć na zaopatrzenie Irlandzkich sklepów spożywczych nie narzekam, a jakość produktów zwykle nie pozostawia wiele do życzenia, przyzwyczajenia przywiezione z Polski sprawiają, że niektórych produktów po prostu mi brakuje. Niektórych nie ma wcale, inne są, ale w wersjach, które nijak mają się do moich oczekiwań. Wtedy najbardziej doceniam polskie sklepy rozsiane po całym Dublinie, dzięki którym mogę zaopatrzyć się w to, czego normalnie w Irlandii bym nie kupił.

Za czym więc tęsknię i czego mi brakuje?

Poniżej znajduje się moja osobista, (oczywiście) subiektywna lista polskich produktów, których w Irlandzkich sklepach nie udało mi się dostać (chyba, że miały “polskie stoiska / działy”), lub dla których nie znalazłem “godnego” zamiennika. Kolejność przypadkowa.

  • chleb – długo mógłbym pisać jak okropny jest tutejszy chleb, ale nie chcę zrzędzić, więc napiszę, że chleb po prostu pieczemy sobie sami, bo ten w polskich sklepach na ogól jest niewiele lepszy (taki “marketowy” chleb z Polski). Mamy sprawdzony przepis opracowany samodzielnie metodą prób i błędów, oparty o niewielką ilość drożdży, który nadaje się zarówno na chleb jasny, jak i ciemny, z cebulą (opcjonalnie z suszonymi pomidorami), albo na wariant z ziarnami. Jeśli ktoś jest zainteresowany, to mogę na jeden wpis zamienić tego bloga na bloga kulinarnego i podzielić się przepisem. A kiedyś może skusimy się na hodowanie zakwasu.
  • ser biały / na sernik – twaróg, ser biały, ser na sernik… Ogólnie – bryła białego sera, mniej lub bardziej przemielona. O czym byśmy nie mówili, nie udało mi się jeszcze znaleźć jego odpowiednika. Co gorsza, o ile twaróg można jeszcze dostać dość łatwo w polskich sklepach, o tyle za serem na sernik (taki kremowy, w wiaderku) biegaliśmy z żoną ostatnio dobre dwa tygodnie i nie udało nam się go kupić. Mamy podejrzenia, że do sklepów trafia w okolicy Bożego Narodzenia i Wielkanocy – przekonamy się za 2-3 miesiące.
  • sok Kubuś – tak, kryptoreklama, ale nic nie poradzę na to, że Kubusia po prostu uwielbiam. I musi być to konkretnie Kubuś, a nie jakiś sok marchwiowo-bananowy. Na szczęście jest on dostępny nie tylko w sklepach polskich, ale też w “polskich działach” w większości marketów.
  • majonez sałatkowy Winiary – kolejna kryptoreklama, ale ten majonez zdecydowanie różni się w smaku od wszystkich innych. Nie potrafię nazwać różnicy, ale to jest po prostu jedyny majonez, który mi smakuje. Na szczęście jest go w polskich sklepach pod dostatkiem.
  • budyń – po prostu budyń. Proszek w saszetce, nic wielkiego. Dobry na śniadanie, niezbędny do niektórych ciast. Niestety, w Irlandii wydaje się być nieznany. Ktoś proponował mi “custard” w proszku jako zamiennik, ale jestem nastawiony sceptycznie…
  • kasza manna – mój przysmak śniadaniowy, także nieznany w Irlandii.
  • sól jodowana – choć mogłoby się wydawać, że na wyspie jodu nie powinno zabraknąć, jest wprost przeciwnie. Sól jodowana jest w zasadzie nieznana (sól morska i sól jodowana to NIE to samo!), a kobiety w Irlandii są mocno narażone na niedobory tego pierwiastka w czasie ciąży. Dobrze, że chociaż ryby mają go nieco więcej.
  • mąka żytnia / ziemniaczana – wracając do wspomnianego już chleba, jeśli ktoś nie chce chleba na drożdżach, to będzie musiał wyhodować sobie zakwas – do tego niezbędna jest (chyba) mąka żytnia. Z kolei budyń można zrobić samemu, ale wskazane jest użycie mąki ziemniaczanej. Obie te mąki są w Irlandii dość rzadkie – nie powiem, że poza polskim sklepem nie da się ich w ogóle dostać, ale jakiś czas temu miałem z tym spory problem.
  • drożdże żywe – nie jest to może rzecz niezbędna do życia, a drożdże suche są całkiem niezłym zamiennikiem, ale mimo wszystko jeśli ktoś potrzebuje akurat drożdży żywych, to bez wizyty w polskim sklepie raczej się nie obędzie.
  • bób – dodane do listy na życzenie mojej żony. Szczęśliwie znaleziony w polskim sklepie.

Jak widać lista nie jest bardzo długa, ale produkty w większości dla mnie “kluczowe” – bez czterech ostatnich jakoś bym sobie poradził.

Oczywiście jest i druga strona medalu – produkty, które uwielbiam, a których w Polsce dostać się nie da… Ale to temat na osobną listę.

A Ty za czym tęsknisz?

Czytaj dalej


Absurdy prawa polskiego – likwidacja firmy

Poszedłem do ZUS z dwoma druczkami (ZWPA i ZWUA), które służą – ogólnie – do wyrejestrowania się jako płatnik składek i ubezpieczony. Działalność zawiesiłem w 2012 i nie byłem wtedy w ZUS, bo w Urzędzie Miejskim powiedziano mi, że oni to załatwiają. Teraz firmę likwidowałem i w tym samym Urzędzie poinformowano mnie, że teraz już muszę się iść wyrejestrować i poinformować o likwidacji.

Przychodzę więc, idę do Pani z okienka uśmiechając się przyjaźnie, daję dokumenty, a ona na mnie patrzy jak na debila:

– “W czym rzecz?” – pytam więc
– “A po co Pan z tym przychodzi. Przecież Pan już jest wyrejestrowany.”
– “W Urzędzie Miasta powiedzieli, że muszę.”
– “Ale to jak Pan likwiduje.”
– “To właśnie robię.”
– “Ale po zawieszeniu.”
– “Hmmm… To jakaś różnica?”
– “Tak, bo jak Pan zawiesił, to my tę informację dostaliśmy od Urzędu Miasta, więc teraz tylko odhaczam w systemie likwidację.”
– “A jakbym nie zawieszał, tylko likwidował od razu, to musiałbym przyjść?”
– “Tak.”

Tak więc ja już nie wiem – albo Pani była nie do końca poinformowana, albo przepisy są głupie (co wcale by mnie nie zdziwiło), albo ja czegoś nie zrozumiałem. Bo jak to jest, że jeśli zawieszam działalność, to Urząd Miasta może o tym poinformować ZUS bez mojego udziału, a kiedy likwiduję, to nie może i sam muszę dreptać z papierami? Co to za różnica? Nie ogarniam.

Jeśli ktoś ma pojęcie jak to działa, to chętnie wysłucham jako “ciekawostkę”.

Czytaj dalej


„Ale zanim pójdę…” – postępy

Większość spraw z listy załatwiona.

Mam EKUZ, konto walutowe i zdrowe zęby (tak, tak… bez mała 30 lat bez ani jednej plomby – to chyba najlepsza wiadomość tego tygodnia ;-) ). Dowód i paszport czekają do odbioru – pójde w środę albo czwartek. Nie mam już firmy. Tylko cały czas wisi nade mną widmo informowania wszystkich o zmianie dowodu osobistego…

A na dodatek w ZUSie dowiedziałem się o kolejnym absurdzie Polskich przepisów, ale o tym może innym razem.

Czytaj dalej


Czy to źle?

republikabemowo:

Życie Na Zielono: Dlaczego jadę?

zycienazielono:

(…)

No tak… Tylko, że trochę to przypomina ucieczkę z tonącego okrętu. Nie oceniam, ale jednak chciałbym wierzyć, że zatęsknisz i wrócisz. Bogatszy w doświadczenie, wiedzę, etc…
Może po drodze Ci będzie do nas?;)

Na początek zauważ proszę, że w swoim komentarzu skupiasz się na zaledwie jednej z trzech podanych przeze mnie przyczyn wyjazdu, obracając ją w główny powód, co czyni Twój wniosek błędnym od samego początku :-)

Załóżmy jednak na chwilę, niezgodnie z prawdą, że faktycznie chęć “opuszczenia tonącego okrętu” jest jedynym powodem mojego wyjazdu, jak to ma miejsce w wypadku tysięcy innych osób jadących za granicę – czy to źle?

Czy wstydem jest uciekać pasażerowi z tonącego okrętu? Kapitanem wszak nie jestem, a za cudze winy iść na dno nie zamierzam. To raczej objaw trzeźwego umysłu i instynktu samozachowawczego, więc powinienem chyba podziękować za komplement ;-)

Poza tym, moim zdaniem, porównanie do tonącego okrętu nie oddaje do końca sytuacji – czuję się raczej jak pasażer autokaru prowadzonego na zmianę przez trzech pijanych kierowców, podczas gdy reszta współpasażerów wydaje się być z tego faktu zadowolona, bo przynajmniej ciągle jedziemy i jest wesoło. Nie wysiadłbyś? ;-)

Tak czy inaczej, ten blog z założenia nie ma być blogiem politycznym, więc tym krótkim komentarzem pozwolę sobie zakończyć temat z mojej strony :-)

Czytaj dalej


Groszowe sprawy

Z kwestii związanych z wyjazdem, które ciągle zaprzątają moją uwagę, na pierwszy plan – obok wynajmu mieszkania – wysuwa się obecnie problem zaopatrzenia się w gotówkę (EUR) na miejscu. Nie jest to sprawa zupełnie trywialna, bo:

  1. Chcę uniknąć złodziejskich przewalutowań banków
  2. Chcę mieć możliwość wpłaty gotówki w bankomacie za darmo lub możliwie tanio (więc karta kredytowa – z racji oprocentowania takiej wypłaty – to nie opcja)
  3. Chciałbym móc użyć tego rozwiązania także to transferów w drugą stronę – kiedy będę chciał uzupełnić konto w PLN przed wizytą w Polsce

Oczywiście zawsze można zabrać gotówkę, ale nie koniecznie chciałbym targać ze sobą parę tysięcy Euro. Rozsądną opcją wydaje się konto walutowe w Euro, o którym już wspominałem w innym wpisie, ale muszę zbadać temat opłat i prowizji, żeby się nie “naciąć”. Jak już zdecyduję się na jakieś rozwiązanie – napiszę!

Czytaj dalej


„Ale zanim pójdę…”

Zrobiłem sobie listę rzeczy do zrobienia przed wyjazdem. Wyszła całkiem długa:

  1. Wyrobić nowy dowód osobisty – stary traci ważność na początku przyszłego roku, więc lepiej załatwić ten problem już teraz…
  2. Po zmianie dowodu – poinformować o tym fakcie urzędy i banki. Na samą myśl krew mnie zalewa.
  3. Zamknąć działalność gospodarczą, która “wisi” sobie zawieszona od roku – to oznacza wizytę w Urzędzie Miasta, Urzędzie Skarbowym i ZUSie. Do tego pewnie wymaga to jeszcze jakiegoś podsumowania, remanentu, czy czegoś takiego…
  4. Pójść do dentysty. Tak, tak – leczenie zębów kosztuje, a za granicą więcej niż u nas. Choć z zębami nigdy problemów nie miałem, wolę je sprawdzić i “załatwić” ewentualne problemy póki jeszcze jestem w Polsce.
  5. Założyć konto walutowe. Miałem jedno w Banku Zachodnim, ale chyba je zamknąłem razem z resztą kont, które tam miałem. Będę musiał sprawdzić, ale na wszelki wypadek pakuję to na listę rzeczy do zrobienia – jeśli już go nie mam, to nowe otworzę chyba w mBanku, w którym mam konto osobiste i firmowe (tak, to od likwidowanej firmy; swoją drogą – chyba też powinienem je zlikwidować?).
  6. Wyrobić EKUZ. Co prawda jadę do pracy, ale parę dni będę tam “turystycznie”, więc na wszelki wypadek wolę to zrobić. Plusem jest wygoda – można przez internet wypełnić formularz, wygenerowany dokument wydrukować, podpisać, przeskanować albo zrobić zdjęcie i wysłać mailem. Może nie jest to rozwiązanie, które by mnie zachwyciło, ale sam fakt, że nie muszę jechać do urzędu to wielki plus, więc jestem zadowolony z takiej opcji.

No i najważniejsza rzecz – dlatego poza listą: spotkać się ze znajomymi. Nie wiem jak “upakować” wszystkich w kalendarzu do końca miesiąca, ale będę musiał coś wymyślić.

Czytaj dalej


Dlaczego jadę?

Prościej będzie zacząć od powodów, dla których nie jadę.

  1. Nie jadę, bo jestem zdesperowany – w Polsce mam rodzinę i przyjaciół, dobrą pracę i perspektywy zawodowe. Nie mam konfliktów z prawem, nie ściga mnie Urząd Skarbowy. Wyjazd nie poprawi istotnie mojej sytuacji życiowej i nie jest moją ostatnią nadzieją na dostatnie życie.
  2. Nie jadę po pieniądze – chociaż zarobki są dla mnie istotne, bo wpływają na komfort mojego życia, dają złudne poczucie bezpieczeństwa i pozwalają pokrywać koszt nieprzewidzianych zdarzeń, to nie są dla mnie priorytetem. Nie jadę aby zarobić i wrócić (choć powrotu nie wykluczam), nie jadę zapracować na kredyt we frankach zaciągnięty 5 lat temu, jak również nie jadę po to, żeby utrzymywać zza granicy czteroosobową rodzinę w Polsce. Owszem, dużym plusem jest to, że nawet uwzględniając tamtejsze koszty życia, zarobię odczuwalnie więcej niż w Polsce, ale nie są to pieniądze, które przekonałyby mnie do przeprowadzki, gdybym już wcześniej nie miał takich planów i innych powodów, by jechać.
  3. Nie jadę, bo nie wiem co zrobić ze swoim życiem – gdyby odliczyć brak własnego mieszkania (dziękuję, kredyt na 30 lat to nie moja bajka), mógłbym powiedzieć, że jestem już umiarkowanie “ustatkowany”, a moje życie jest stabilne. Nawet momentami nieco nudne. Zawód wybrałem świadomie, jestem ze swojego wyboru bardzo zadowolony i nie muszę się błąkać w poszukiwaniu tego, co mnie pasjonuje.

Po co więc jadę?

  1. Jadę po doświadczenia – w dzisiejszych czasach, jako (jeszcze) młody człowiek mam nieporównywalnie większe możliwości niż moi rodzice czy dziadkowie, żeby zobaczyć z perspektywy mieszkańca – a nie tylko turysty – inny kawałek świata, pożyć i popracować w innym kraju. Chcę po prostu zobaczyć jak to jest. Chcę wiedzieć, jak żyją, pracują i co myślą inni. Chcę zobaczyć jak będę się czuł będąc “obcym”.
  2. Jadę, bo męczy mnie Polska – a nawet nie tyle Polska, co sytuacja w kraju. Męczą mnie politycy (zarówno ci z lewej, jak i z prawej), męczy mnie “dojenie” przez Urząd Skarbowy, irytuje mnie ładowanie pieniędzy w worek bez dna zwany ZUSem. Do szału doprowadza mnie jego upośledzony brat: KRUS, drażnią mnie formalności w urzędach. Nie mogę znieść smutnych, zawistnych, pełnych jadu ludzi, którym znów coś w życiu nie wyszło.
  3. Jadę, bo chcę się sprawdzić – ktoś powiedział, że “prawdziwe życie zaczyna się na granicy strefy komfortu”. I choć nie uważam, żeby wyjazd do pracy za granicę był jakimś wielkim wyczynem, o tyle na pewno jest to coś, co “wyrywa mnie” z mojego miejsca na ziemi i rzuca na zupełnie nieznany grunt. To spora zmiana. Nie wiem dlaczego, ale czerpię z tego jakąś masochistyczną przyjemność – wiem, że będę się stresował przed wyjazdem, wiem, że będę musiał sobie poradzić tam na miejscu; nowy kraj, nowa praca, nowi ludzie – nie ma tu nic, co zapewniałoby mi komfort psychiczny i spokój. Co więcej, jadę sam, a żona dołączy do mnie dopiero za jakiś czas. Ale mimo tego wszystkiego cieszę się, że jadę. I co najważniejsze – wiem, że za jakiś czas będę dużo bogatszy w wiedzę i nowe doświadczenia.

Czy uważam, że Irlandia jest “rajem”? Oczywiście, że nie – bo nie jest. Wiem, że ma służbę zdrowia porównywalną, jeśli nie gorszą od Polski. Wiem, że autobusy w Dublinie są bardziej zawodne, niż we Wrocławiu. Są tam politycy, podatki, żule (Ops! Knackersi!) kręcący się po mieście, urzędy i formalności. Ale chcę to wszystko sam zobaczyć i ocenić, zamiast wierzyć innym na słowo. Chcę się przekonać, czy cudza trawa jest naprawdę bardziej zielona, czy tylko malowana. Chcę sprawdzić, czy “wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”, czy może “wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”. I ponad wszystko nie chcę za 10, 15 albo 20 lat żałować, że mogłem jechać, a nie pojechałem.

Może to zdanie nie jest prawdziwe w odniesieniu do każdego aspektu życia, to jednak w tym wypadku nie mam wątpliwości:

Lepiej spróbować i żałować, niż żałować, że się nie spróbowało.

Czytaj dalej


Klamka zapadła

Wypowiedzenie złożone, nowa umowa podpisana. Nie ma odwrotu – za miesiąc będę mieszkać i pracować na “Zielonej Wyspie”.

Przyznam, że odczuwam ulgę.

Nie, nie z powodu zmiany pracy – ta dotychczasowa była naprawdę rewelacyjna i nawet trochę żałuję, że ją opuszczam. Gdybym nie planował wyprowadzki z kraju, na pewno bym z niej nie zrezygnował – pracowałem w świetnej firmie, z życzliwymi, inteligentnymi ludźmi, nad interesującym projektem, za bardzo dobre pieniądze. Skąd więc decyzja o wyjeździe? O tym kiedy indziej.

Odczuwam ulgę, bo w końcu wiem, gdzie będę za miesiąc. Ostatnie dwa miesiące spędziłem na ciągłych wahaniach, rozmyślaniu, zastanawianiu się, wybieraniu, liczeniu, szacowaniu, ocenianiu – na podejmowaniu decyzji: co i gdzie chcę dalej robić, czy ma to sens, czy się opłaca, czy nie będę żałować. Nie sądziłem, że życie w takim “zawieszeniu” może aż tak męczyć. A może to ja jestem “miękki”? Tak czy inaczej – czas na ulgę i parę dni relaksu. A potem zacznie się bieganina związana z załatwianiem spraw w Polsce, planowaniem wyjazdu, szukaniem mieszkania na miejscu… Trochę mnie to stresuje.

Ale ciekawość jest większa ;-)

Czytaj dalej