Ściągawka wyborcza: gdyby partie polityczne były batonikami

Tym razem pożyczone z Reddita:

Fianna Fail / Fine Gael – Twix. My favourite Twix bar is the left one. No they’re not the same, don’t be stupid. Look, the left one is entirely different from the right one, don’t be fooled by the fact that they’re the same size and shape and sold in the same packet. Yes, my father’s favourite was also the left one, what’s that got to do with it?

Sinn Fein – Daim. A thin veneer of sweetness covering a hard, inflexible centre. You used not to be able to buy them here but they seem to be in everything now. Splinters easily under pressure.

Labour – Milky Way. Looks like a big, solid Mars bar on the outside but is actually entirely made up of a gooey, weak froth that melts under the mildest heat. Now in treat size.

AAA-PBP – Picnic. A load of random shite roughly piled together and thinly coated with chocolate to give the vague appearance of being a cohesive whole. May contain nuts.

Social Democrats – Bounty. Multiple bars per packet. Packed full of lovely clean, white policy as yet unsullied by the outside world. Contents nevertheless seem a bit flaky.

Green Party – Wispa. Used to be a big deal but disappeared due to lack of demand, then brought back by a grassroots campaign. A bit bubbly.

Renua – Caramac. Awful old rubbish that was popular 30 years ago but that nobody buys any more. Strangely sweet but with a terrible aftertaste.

Independents – Revels. A variety of shapes and sizes, but you never know quite what you’re going to get until you bite into them. Need to be kept tightly wrapped up in their packaging or they’ll spill out all over the place.

Źródło

Czytaj dalej


Czy to źle?

republikabemowo:

Życie Na Zielono: Dlaczego jadę?

zycienazielono:

(…)

No tak… Tylko, że trochę to przypomina ucieczkę z tonącego okrętu. Nie oceniam, ale jednak chciałbym wierzyć, że zatęsknisz i wrócisz. Bogatszy w doświadczenie, wiedzę, etc…
Może po drodze Ci będzie do nas?;)

Na początek zauważ proszę, że w swoim komentarzu skupiasz się na zaledwie jednej z trzech podanych przeze mnie przyczyn wyjazdu, obracając ją w główny powód, co czyni Twój wniosek błędnym od samego początku :-)

Załóżmy jednak na chwilę, niezgodnie z prawdą, że faktycznie chęć “opuszczenia tonącego okrętu” jest jedynym powodem mojego wyjazdu, jak to ma miejsce w wypadku tysięcy innych osób jadących za granicę – czy to źle?

Czy wstydem jest uciekać pasażerowi z tonącego okrętu? Kapitanem wszak nie jestem, a za cudze winy iść na dno nie zamierzam. To raczej objaw trzeźwego umysłu i instynktu samozachowawczego, więc powinienem chyba podziękować za komplement ;-)

Poza tym, moim zdaniem, porównanie do tonącego okrętu nie oddaje do końca sytuacji – czuję się raczej jak pasażer autokaru prowadzonego na zmianę przez trzech pijanych kierowców, podczas gdy reszta współpasażerów wydaje się być z tego faktu zadowolona, bo przynajmniej ciągle jedziemy i jest wesoło. Nie wysiadłbyś? ;-)

Tak czy inaczej, ten blog z założenia nie ma być blogiem politycznym, więc tym krótkim komentarzem pozwolę sobie zakończyć temat z mojej strony :-)

Czytaj dalej


Dlaczego jadę?

Prościej będzie zacząć od powodów, dla których nie jadę.

  1. Nie jadę, bo jestem zdesperowany – w Polsce mam rodzinę i przyjaciół, dobrą pracę i perspektywy zawodowe. Nie mam konfliktów z prawem, nie ściga mnie Urząd Skarbowy. Wyjazd nie poprawi istotnie mojej sytuacji życiowej i nie jest moją ostatnią nadzieją na dostatnie życie.
  2. Nie jadę po pieniądze – chociaż zarobki są dla mnie istotne, bo wpływają na komfort mojego życia, dają złudne poczucie bezpieczeństwa i pozwalają pokrywać koszt nieprzewidzianych zdarzeń, to nie są dla mnie priorytetem. Nie jadę aby zarobić i wrócić (choć powrotu nie wykluczam), nie jadę zapracować na kredyt we frankach zaciągnięty 5 lat temu, jak również nie jadę po to, żeby utrzymywać zza granicy czteroosobową rodzinę w Polsce. Owszem, dużym plusem jest to, że nawet uwzględniając tamtejsze koszty życia, zarobię odczuwalnie więcej niż w Polsce, ale nie są to pieniądze, które przekonałyby mnie do przeprowadzki, gdybym już wcześniej nie miał takich planów i innych powodów, by jechać.
  3. Nie jadę, bo nie wiem co zrobić ze swoim życiem – gdyby odliczyć brak własnego mieszkania (dziękuję, kredyt na 30 lat to nie moja bajka), mógłbym powiedzieć, że jestem już umiarkowanie “ustatkowany”, a moje życie jest stabilne. Nawet momentami nieco nudne. Zawód wybrałem świadomie, jestem ze swojego wyboru bardzo zadowolony i nie muszę się błąkać w poszukiwaniu tego, co mnie pasjonuje.

Po co więc jadę?

  1. Jadę po doświadczenia – w dzisiejszych czasach, jako (jeszcze) młody człowiek mam nieporównywalnie większe możliwości niż moi rodzice czy dziadkowie, żeby zobaczyć z perspektywy mieszkańca – a nie tylko turysty – inny kawałek świata, pożyć i popracować w innym kraju. Chcę po prostu zobaczyć jak to jest. Chcę wiedzieć, jak żyją, pracują i co myślą inni. Chcę zobaczyć jak będę się czuł będąc “obcym”.
  2. Jadę, bo męczy mnie Polska – a nawet nie tyle Polska, co sytuacja w kraju. Męczą mnie politycy (zarówno ci z lewej, jak i z prawej), męczy mnie “dojenie” przez Urząd Skarbowy, irytuje mnie ładowanie pieniędzy w worek bez dna zwany ZUSem. Do szału doprowadza mnie jego upośledzony brat: KRUS, drażnią mnie formalności w urzędach. Nie mogę znieść smutnych, zawistnych, pełnych jadu ludzi, którym znów coś w życiu nie wyszło.
  3. Jadę, bo chcę się sprawdzić – ktoś powiedział, że “prawdziwe życie zaczyna się na granicy strefy komfortu”. I choć nie uważam, żeby wyjazd do pracy za granicę był jakimś wielkim wyczynem, o tyle na pewno jest to coś, co “wyrywa mnie” z mojego miejsca na ziemi i rzuca na zupełnie nieznany grunt. To spora zmiana. Nie wiem dlaczego, ale czerpię z tego jakąś masochistyczną przyjemność – wiem, że będę się stresował przed wyjazdem, wiem, że będę musiał sobie poradzić tam na miejscu; nowy kraj, nowa praca, nowi ludzie – nie ma tu nic, co zapewniałoby mi komfort psychiczny i spokój. Co więcej, jadę sam, a żona dołączy do mnie dopiero za jakiś czas. Ale mimo tego wszystkiego cieszę się, że jadę. I co najważniejsze – wiem, że za jakiś czas będę dużo bogatszy w wiedzę i nowe doświadczenia.

Czy uważam, że Irlandia jest “rajem”? Oczywiście, że nie – bo nie jest. Wiem, że ma służbę zdrowia porównywalną, jeśli nie gorszą od Polski. Wiem, że autobusy w Dublinie są bardziej zawodne, niż we Wrocławiu. Są tam politycy, podatki, żule (Ops! Knackersi!) kręcący się po mieście, urzędy i formalności. Ale chcę to wszystko sam zobaczyć i ocenić, zamiast wierzyć innym na słowo. Chcę się przekonać, czy cudza trawa jest naprawdę bardziej zielona, czy tylko malowana. Chcę sprawdzić, czy “wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”, czy może “wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”. I ponad wszystko nie chcę za 10, 15 albo 20 lat żałować, że mogłem jechać, a nie pojechałem.

Może to zdanie nie jest prawdziwe w odniesieniu do każdego aspektu życia, to jednak w tym wypadku nie mam wątpliwości:

Lepiej spróbować i żałować, niż żałować, że się nie spróbowało.

Czytaj dalej