Co może zaskoczyć Cię w Irlandzkim domu?

Bardzo trafne podsumowanie tego, co zwróciło moją uwagę w mieszkaniach w Irlandii. Co prawda filmik dotyczy Amerykanów i Brytyjczyków, ale jako Polak w Irlandii czułem mniej więcej to samo (no, może prócz klimatyzacji…).

Do tej listy dorzuciłbym jeszcze dywany na korytarzach budynków, ale ten temat jest dość ciekawy, więc zostawię go sobie na osobny wpis ;-)

Czytaj dalej


Strajk Dublin Bus, remont linii kolejowej i wyższe ceny taksówek

Maj przywitał nas samymi ciekawymi informacjami dotyczącymi transportu (głównie publicznego, ale nie tylko). Jeśli planowaliście jakieś wyjazdy na długi weekend, to jest spora szansa, że nie jesteście dzisiaj najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. I wcale nie chodzi o pogodę.

Strajk Dublin Bus i Bus Eireann

Jak co dzień, próbujesz się w piątek dostać do pracy? Chcesz pojechać w sobotę rano na zakupy? A może spotkać się po południu w mieście ze znajomymi? Albo wrócić na weekend do domu, bo w Dublinie tylko pracujesz?

Przykro mi, zostaje Ci tylko auto – własne, albo taksówka – bo pracownicy dwóch przewoźników postanowili zrobić sobie wolne. Na 48 godzin. Biorąc pod uwagę jak nieznaczną część Dublina „pokrywa” Luas i Dart, trudno się dziwić niezadowoleniu ludzi. Nigdy nie rozumiałem idei strajku wymierzonego we własnych klientów (?!), nie mówić już o organizowaniu go w terminie, który utrudni życie jak największej ilości ludzi. Jak widać Dublin Bus konsekwentnie pracuje na swoją i tak już kiepską opinię.

dublin-bus-driving-around

Co więcej – to pierwszy z dwóch strajków: drugi będzie miał miejsce 15 i 16 maja (piątek / sobota).

Ale, ale! Macie plany na weekend majowy i z powodu problemów z autobusami chcieliście skorzystać z pociągu? Nie tak szybko!

Remont linii kolejowej

Przykro mi, jeśli mieszkacie na północ od Connolly Station – Dublin jest nie dla was. Co więcej – jeśli mieszkacie pomiędzy Connolly Station, a Malahide lub Howth (tak jak my), to zapomnijcie o pociągu w ogóle, nawet jeśli chcieliście jechać za miasto. Przez dwa dni Irish Rail prowadzić będzie prace, które kompletnie pozbawią Was dostępu do transportu publicznego. Czy tylko mi się wydaje, że długi weekend to niezbyt fortunny termin na takie (zaplanowane!) prace?

No dobra, są jeszcze taksówki – powiecie? Są! Ale i tu zmiany Was nie ominą.

Ceny taksówek idą w górę!

Tak właśnie. I to nie z powodu obu powyższych wydarzeń (co by mnie w sumie nie zdziwiło, wszak prezent od Dublin Bus i okazję do zarobku warto wykorzystać). Wzrost cen ma związek z okresowym „rewidowaniem” taryf – tak się składa, że tym razem idą one w górę o ok. 4%. Nie majątek, szczególnie że wcześniej rosły one i o 9%, ale jednak…

Co ja na to?

Dobrze, że mogę pracować zdalnie, więc nie jestem uzależniony od żadnego przewoźnika tak jak większość ludzi. Jeszcze lepiej, że w ten weekend („długi weekend” – 4 maja jest dniem wolnym) mam „dyżur” w pracy, więc nie mieliśmy żadnych specjalnych planów wymagających korzystania z transportu publicznego. Obawiam się jednak, że większość ludzi nie może żadnego z powyższych o sobie powiedzieć.

Szczęśliwie – przy takiej pogodzie jak dzisiaj – nawet mnie za bardzo nie boli, że muszę siedzieć w domu ;-)

Czytaj dalej


St. Paddy’s Day czy St. Patty’s Day

Z lekkim poślizgiem, jako że St. Patrick’s Day był we wtorek, ale i tak przyda się za rok, i za rok, a potem jeszcze za rok… Bo niektórzy nigdy się nie nauczą, że:

Nie ma czegoś takiego jak St. Patty’s Day.
Jest St. Paddy’s Day.
Kropka.

W ramach wyjaśnienia: imię Patrick pochodzi od Irlandzkiego Pádraig (tak, właśnie o to „d” w środku chodzi).

Patty to zdrobnienie żeńskiego imienia Patricia – mało pasuje do mężczyzny, prawda?

Chcielibyście, żeby ktoś np. na Christmas Eve mówił Christie’s Eve? Bo to mniej więcej ta sama „kategoria” ignorancji.

I na koniec zestawienie różnych opcji, żeby było kompletnie:

It’s Paddy, not Patty. Ever.
Saint Patrick’s Day? Grand.
Paddy’s Day? Sure, dead-on.
St. Pat’s? Aye, if ye must.
St. Patty? No, ye goat!

(za: http://paddynotpatty.com/ )

No!

Czytaj dalej


Ciąża w Irlandii – cz. 13: Child Benefit

Ponownie temat „okołociążowy” – tym razem Child Benefit.

Child Benefit to „dodatek” wypłacany miesięcznie na każde dziecko. Jego wysokość od 2015 to 135 EUR (wcześniej 130 EUR).

Wniosek o Child Benefit jest składany automatycznie w momencie odbioru aktu urodzenia – niczego nie trzeba załatwiać, tylko czekać na korespondencję. Po kilku dniach otrzymamy pocztą informację o tym, że wniosek jest wstępnie przygotowany w ich systemie i należy go uzupełnić przez internet.

Wniosek wymaga podania różnych danych osobowych, a także wybrania sposobu „dostarczenia” Child Benefit – ja wybrałem po prostu konto bankowe. Po wypełnieniu wniosek należy „zatwierdzić” – to tyle. Po ok. dwóch tygodniach (przynajmniej tak było w naszym przypadku) otrzymamy pocztą informację o przyznaniu Child Benefit wraz z informacją o tym kiedy będzie wypłacany. Pierwszy przelew będzie przelewem „zbiorczym”, za wszystkie miesiące wstecz od dnia urodzenia dziecka. Kolejne przelewy będziemy otrzymywać co miesiąc, na początku każdego miesiąca.

Uwaga: Wypełniając formularz on-line zostałem poinformowany, że jeśli nie jestem obywatelem Irlandii, powinienem osobno (pocztą) dostarczyć formularz HRC1. Poszukałem jednak informacji w internecie i dowiedziałem się, że nie jest on wymagany dla obywateli państw Unii Europejskiej. Zaryzykowałem i „zatwierdziłem” formularz bez wypełniania HRC1 i Child Benefit dostałem, tak więc mogę potwierdzić, że nie jest on wymagany.

 

Czytaj dalej


Kwota wolna od podatku w Irlandii

Pomyłka, niekompetencja czy manipulacja?

Od jakiegoś czasu (dokładniej – od czasu, kiedy sejm głosami PO i PSL odrzucił wniosek o podniesienie kwoty wolnej od podatku) w Polskich mediach pojawiają się informacje na temat wysokości kwoty wolnej od podatku w innych krajach i jak mają się one do tego, co oferuje Polska. Daje się odczuć, że mają one na celu pokazać, że kwota ta w Polsce nie jest aż taka niska, szczególnie na tle reszty Europy (mimo iż jest to kwota poniżej „minimum egzystencji”, co oznacza, że w praktyce państwo pobiera podatki od zarobków, które i tak nie wystarczają na przeżycie). Niestety, informacje tam prezentowane bardzo istotnie rozmijają się z prawdą, co zamierzam w tym wpisie udowodnić, a błędne dane – sprostować.

Jeśli nie interesują Cię wyliczenia, a jedynie sama kwota – przewiń na sam koniec tekstu. Ale naprawdę polecam poświęcić 5 minut na zrozumienie tego skąd podana kwota się wzięła.

Co nie jest prawdą?

Mógłbym wspomnieć, jak mizernie ta kwota wypada w porównaniu nawet z niektórymi krajami „trzeciego świata”, ale to nie blog o gospodarce światowej. Mógłbym skomentować urągające inteligencji oświadczenie PO dotyczące podjętej decyzji, ale to nie blog o polityce, ani tym bardziej o kabarecie. To blog o Irlandii, w związku z tym muszę „wyprostować” absurdalną informację o tym, jakoby kwota wolna od podatku w Irlandii wynosiła 1650 EUR. Choć nie należę do miłośników teorii spiskowych, to naprawdę ciężko jest mi wierzyć w „zbiorową niekompetencję” kilku portali / gazet jednocześnie, szczególnie, że niektóre z nich powołują się na współpracę z Narodowym Bankiem Polskim podczas tworzenia wspomnianych artykułów.

Ale po kolei – oto przykładowe artykuły:

  • Gazeta Wyborcza – na załączonej do artykułu mapie podana kwota to 1650 EUR.
  • Polskie Radio – „Ale są też kraje z niewysoką kwotę wolną od podatku, jak Irlandia i Holandia, gdzie wynosi ona niecałe 10 tys. zł.  I tak jest zatem kilka razy większa od naszej.”
  • TVN24Bis – „w Irlandii 6,9 tys. zł” (~1650 EUR – dop. moje)

Same „grube ryby” polskich mediów. A to pewnie nie wszystko.

Na czym polega błąd? Czy Tax Credit to nie 1650 EUR? Owszem, Tax Credit to 1650 EUR. Co wcale nie oznacza, że kwota wolna od podatku w Irlandii to 1650 EUR. Dlaczego?

Czym jest Tax Credit?

Przeczytajcie to uważnie, bo nie będę powtarzać:

Tax Credit to nie kwota wolna od podatku, tylko rodzaj ulgi podatkowej – to nie kwota, do której nie płaci się podatku, ale kwota, o którą należny podatek jest pomniejszany.

Podstawowy, Personal Tax Credit, to 1650 EUR. Co więcej, jeśli ktoś pracuje na „umowę o pracę”, to dostaje dodatkowe 1650 EUR Tax Credit, co daje razem 3300 EUR rocznie. Oznacza to, że przy 20% podatku dochodowym osoba ta musi zarobić ponad 16 500 EUR (~69 000 PLN), żeby 20% podatku od tej kwoty przekroczyło wspomniane 3300 EUR, co – w konsekwencji – oznacza wymóg zapłacenia podatku.

Prosty przykład: Zarobisz 16505 EUR? Podatek to 3301 EUR, ale od tej kwoty odlicza się właśnie Tax Credit wysokości 3300 EUR i płacisz 1 EUR podatku. Oznacza to, że to kwota 16500 EUR jest „kwotą wolną od podatku”. A 16500 EUR to – bardzo „pi razy oko” – 69000 PLN.

Na potwierdzenie – mój ulubiony kalkulator podatkowy potwierdza – dla kwoty 16 500 EUR (istotne wiersze: „Total Income” oraz „Net Tax”):

Tax Credit

I dla 16505 EUR:

Tax Credit

Jak widać w pierwszym przypadku (16 500 EUR) kwota podatku to 0 EUR. W przypadku drugim (16 505 EUR) podatek to 1 EUR.

Ile więc wynosi kwota wolna od podatku w Irlandii?

To właśnie wspomniane wyżej 16 500 EUR to kwota wolna od podatku w Irlandii, bo do tej wysokości zarobków nie płacimy podatku dochodowego. To tak proste. Dla porównania – kwota wolna od podatku w Polsce 3091 PLN, czyli – „pi razy drzwi” – 730 EUR.

Należy także pamiętać o możliwości wspólnego rozliczania się z partnerem i „przejęcie” jego Personal Tax Credit, co oznacza, że nasz Tax Credit wyniesie wtedy 4950 EUR, co przekłada się na 24 750 EUR, ale to już „inna bajka”.

Pomyłka, niekompetencja, czy manipulacja?

Czy autorzy powyższych artykułów naprawdę nie potrafili zadbać o tak prostą weryfikację swoich tekstów? Czy może tak bardzo chcieli pokazać, że kwota wolna od podatku w Polsce jest „wysoka” na tle innych państw Europejskich, że posunęli się do manipulacji licząc, że nikt nie zada sobie trudu, aby powiedzieć „sprawdzam!”? To niestety będą wiedzieć tylko oni sami, ale ja zamierzam konsekwentnie prostować tę nieprawdziwą informację. Tak więc, raz jeszcze, do znudzenia:

Kwota wolna od podatku w Irlandii to 16 500 EUR, czyli w przeliczeniu ~69 000 PLN. Dla porównania – kwota wolna od podatku w Polsce to jedynie 3091 PLN.

Czytaj dalej


Ciąża w Irlandii – cz. 12: Birth Certificate

Nie do końca już ciąża, ale temat blisko z ciążą związany, więc pomyślałem, że warto krótko napisać „co i jak”. Tym razem nie pisze żona, bo na misję zdobycia papierka zostałem wysłany ja.

Birth Certificate (czy też po prostu Akt Urodzenia) można uzyskać od ręki pod tym adresem.

Civil Registration Service,
Joyce House,
8/11 Lombard Street East,
Dublin 2.

Adresy biur w innych miastach można znaleźć pod tym adresem.

Niestety, jeśli ktoś lubi polegać na Google Maps, to się rozczaruje, bo marker na mapie wskazuje kompletnie złe miejsce. Poniższa mapa pokazuje to, co „twierdzi” Google, wraz z naniesioną przeze mnie prawidłową lokalizacją budynku, oznaczoną na zielono.

birth-certificate-map

Co więcej, nawet trafiając pod właściwy adres, nie trafimy we właściwe miejsce – choć budynek jest „podpisany” w widoczny sposób, to pan ze stróżówki szybko wyjaśni nam, że to tak naprawdę inne miejsce, i że wejście znajduje się w bramie obok. Ponownie załączam „pomoc” – tym razem w postaci zrzutu z Google Street View wraz z oznaczoną zieloną strzałką bramą, w którą trzeba wejść.

birth-certificate-entrance

Tyle pisania, a nawet nie jesteśmy jeszcze w urzędzie… Na szczęście potem jest już z górki.

O godzinie 9:30 urząd był pusty – byłem drugim petentem, z czego pierwszy był już w trakcie załatwiania swoich spraw. Podałem datę urodzenia dziecka i nazwisko, po czym dostałem do wypełnienia krótki formularz. Po ok. 10 minutach przyszła urzędniczka i poprosiła mnie do pokoju. Tam zadała parę pytań potrzebnych do Birth Certificate – m.in. pytała o zawód mój i żony. Na koniec podpisałem się i zostałem poinformowany, że dokument będzie gotowy za kilka minut.

Po wyjściu z pokoju nie zdążyłem usiąść w poczekali, kiedy zostałem zawołany po odbiór. Szybka płatność (20 EUR; gotówka lub karta) i miałem w rękach kopertę z aktem urodzenia. Koniec. Cała operacja zajęła kilkanaście, może 20 minut. Dla porównania – mniej więcej drugie tyle zajęło mi znalezienie budynku.

Około tygodnia później pocztą otrzymamy PPS dziecka.

Czytaj dalej


Koszty Utrzymania w Dublinie – Raport 2015

Z niewielkim (OK, całkiem sporym – brakowało nieco czasu) opóźnieniem udało mi się w końcu zrobić podsumowanie naszych rocznych kosztów utrzymania w Dublinie w 2014 z podziałem na kategorie, a także z rozróżnieniem okresu, kiedy w Dublinie mieszkałem sam oraz okresu, kiedy to już na stałe przeprowadziła się do mnie żona. Zapraszam do lektury.

Wprowadzenie

Jak zapewne nie muszę wyjaśniać, wspomniany „raport” to po prostu roczne podsumowanie naszych wydatków, a nie projekt badawczy przeprowadzony na reprezentatywnej grupie ankietowanych, w związku z czym należy go traktować jako analizę przypadku (dla pracowników korporacji: „case study”), a nie jako wyczerpujące vademecum dla osób chcących się przeprowadzić do Dublina. Pod koniec tekstu wyjaśnię nieco dokładniej jakie czynniki i subiektywne wybory mogły mieć wpływ na wyniki podsumowania – jeśli ktoś jest bardzo ciekawy co jeszcze powinien uwzględnić w szacowanych kosztach życia, żeby lepiej odpowiadały jego stylowi życia, to znajdzie tam odpowiedź. A póki co – przechodzę do konkretów.

Kategorie

Zanim zacznę mówić o „kategoriach”, muszę krótko wyjaśnić co one znaczą. Wyjaśniałem to już kiedyś w innym wpisie, ale dla przypomnienia:

Czym są koszty utrzymania?

Koszty utrzymania w moim rozumieniu to wszelkie opłaty stałe (w wariancie z i bez kosztów wynajmu, ponieważ tutaj kwoty mogą się bardzo różnić), tj.: mieszkanie (opcjonalnie), prąd, gaz, internet, żywność (zakupy spożywcze), jedzenie (kawa, lunche, obiady i kolacje poza domem), artykuły higieniczne, środki czystości, transport (głównie bilety komunikacji miejskiej, ale także – bardzo sporadycznie – taksówki) i doładowanie telefonu. Te wydatki są przez nas notowane dość szczegółowo i dotyczą w większości wydatków, które ciężko „przeoczyć”, w związku z tym podane tu kwoty powinny bardzo dokładnie oddawać nasze faktycznie koszty. Wyjątkiem mogą być jakieś bardzo drobne zakupy spożywcze, które mogły nam „umknąć” – podejrzewam, że to góra 2-3% całości.

Koszty pozostałe, czyli czym nie są koszty utrzymania?

Koszty utrzymania dla podanych wyliczeń nie obejmują wydatków na rzeczy takie jak: wyposażenie mieszkania (meble, wyposażenie kuchni i łazienki etc.), elektronika (od monitora, aż po mikser), ubrania, loty, alkohol.  I oczywiście wszystko inne, co zdarzy mi się kupić, a nie mieści się w kategoriach z punktu pierwszego – np. bilety do kina / teatru / na mecz etc. W tej kategorii mieszczą się też wydatki na dziecko (niemowlak), ponieważ są one dość specyficzną kategorią. Ponieważ ta kategoria mieści bardzo dużo różnych wydatków, jest spora szansa, że jakiś wydatek czy paragon został przeoczony. Z natury jestem dość pedantyczny, ale ma to też swoje granice, dlatego polecam traktować kwoty należące do tej kategorii jako kwota rzeczywista +/- (co najmniej) 10%.

Średnie miesięczne wydatki

Otóż nasz średni koszt życia w Dublinie w ubiegłym roku wyniósł 1835 EUR miesięcznie. Jest to średnia z całego roku, na którą składają się następujące miesięczne koszty życia:

  • mieszkanie (1 bedroom): 1000 EUR
  • prąd: 47 EUR
  • gaz: 47 EUR
  • internet (20 MBit/s w UPC): 37 EUR
  • żywność: 425 EUR
  • jedzenie: 93 EUR
  • środki higieniczne i czystości: 27 EUR
  • transport (głównie autobus): 134 EUR
  • telefon (2 „komórki” na kartę): 25 EUR

Ponieważ dużo osób pomija tę informację w akapicie powyżej, wyjaśniam raz jeszcze – nazwy „żywność” i „jedzenie” są moimi umownymi „skrótami” – „żywność” oznacza zakupy spożywcze, natomiast „jedzenie” to np. kawa, lunche, obiady i kolacje poza domem.

Screen Shot 2015-02-28 at 15.18.22

Faktyczne miesięcznie wydatki (po uwzględnieniu „pozostałych kosztów”) wyniosły średnio 2100 EUR miesięcznie. Jak łatwo policzyć owe średnie miesięczne „pozostałe koszty” to 265 EUR, jednak wpływ na ich wysokość miała z pewnością spora ilość wydatków na dziecko w drugiej połowie roku.

Przypominam, że rozróżnienie „żywności” i „jedzenia” zostało wyjaśnione w części „Czym są koszty utrzymania?” powyżej.

Dzienny koszt utrzymania

Podana w poprzednim punkcie kwota przekłada się na 59 EUR dziennie, a kiedy odliczymy koszt mieszkania otrzymamy ok. 28 EUR dziennie (założenie: miesiąc to 30 dni).

Dla porównania minimalna pensja netto to 8.65 EUR brutto na godzinę (ok. 8.40 EUR netto).

Jedna osoba, a dwie osoby

Jeśli weźmiemy pod uwagę koszty życia jednej i dwóch osób, to średnie miesięczne wydatki łącznie wyniosą odpowiednio (obliczone na podstawie dwóch, sześciomiesięcznych okresów) 2000 EUR i 2200 EUR, z czego „koszty życia” to odpowiednio 1720 EUR i 1949 EUR.

W oczywisty sposób druga osoba nie zwiększa kosztów wynajmu i ma stosunkowo niewielki wpływ na koszt prądu (większy ma już dziecko i częste używanie czajnika i mikrofalówki – do przygotowywania mleka i sterylizowania butelek) – opłaty za niego wzrosły z 42 EUR do 51 EUR miesięcznie. Większą różnicę widać przy kosztach gazu (skok z 32 EUR na 62 EUR; żona lubi wyższą temperaturę w mieszkaniu niż ja ;-) ), ale należy też pamiętać, że wydatki w tej kategorii zależą głównie od pogody.

Nie powinno dziwić, że przy dwóch osobach istotnie rosną wydatki na żywność (średnio z 321 EUR do 526 EUR miesięcznie), ale jednocześnie spadają (z 98 EUR do 86 EUR miesięcznie) wydatki na jedzenie na mieście – o ile mieszkając sam starałem się gotować dla siebie (do pracy) 2-3 razy w tygodniu, o tyle żona nie raz zapewniała mi lunch na każdy dzień tygodnia.

Różnice w wybranych kategoriach zaprezentowane na wykresie:

Średnie Miesięczne Koszty Utrzymania dla jednej i dwóch osób wg Kategorii

Ciekawostki

Identyczny średni miesięczny koszt prądu i gazu

Ciekawą obserwacją jest to, że mimo zupełnie innych „charakterystyk” zużycia (zużycie prądu jest mniej więcej stałe w ciągu roku, podczas gdy gaz jest „sezonowy”), średni miesięczny koszt tej dwójki wyniósł dokładnie tyle samo (bez zaokrąglania do EUR różnica wyniosła 20 centów).

Najdroższy miesiąc

Najdroższym miesiącem pod względem kosztów życia, co za bardzo nie zaskakuje, był grudzień. Święta i większe potrzeby „grzewcze” spowodowały, że same tylko koszty życia wyniosły nas 1980 EUR. Po uwzględnieniu wszystkich kosztów nasze miesięczne wydatki dobiły do niemal 2500 EUR.

Dla porównania – kiedy mieszkałem sam najdroższy miesiąc kosztował mnie odpowiednio 1830 EUR i 2170 EUR (druga kwota „podbita” mocno przez zakupy w IKEI).

Najtańszy miesiąc

Najtańszym miesiącem okazał się marzec – wynika to z tego, że przyszło mi wtedy zapłacić jedynie niski rachunek za gaz, a prąd opłacałem dopiero w kolejnym miesiącu (rachunki przychodzą co dwa miesiące). Do tego mieszkałem wtedy sam, co nieznacznie obniżyło pozostałe koszty, przez co miesiąc zamknął się wydatkami na życie w wysokości 1650 EUR, a wszystkie koszty (nie kupowałem wtedy żadnych mebli ani elektroniki) wyniosły 1805 EUR.

Dla porównania – najtańszym miesiącem przy dwóch osobach okazał się październik, kiedy to koszty życia zamknęły się na poziomie 1805 EUR, a wraz z pozostałymi wydatkami z konta ubyło nam 2021 EUR.

Najniższe koszty żywności

Najtańszym miesiącem pod względem kosztów żywności okazał się czerwiec – mieszkałem wtedy cały miesiąc sam, a dodatkowo odbywały się wtedy Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej, przez co moje wydatki na jedzenie były śmiesznie niskie (po pracy biegłem do domu na mecz, a jadłem to, co akurat było w lodówce – zakupy robiłem raz w tygodniu, bo dla jednej osoby nie opłacało mi się zamawiać dostawy do domu) i wyniosły zaledwie 211 EUR. Dla porównania nasz typowy tygodniowy rachunek z „dużych” zakupów w Tesco dla dwóch osób to ok. 80 EUR (pomijam koszty związane z dzieckiem, takie jak np. pieluchy), a i tak nie uwzględniają one na ogół takich rzeczy jak np. świeże mięso, owoce i warzywa. Cały miesiąc zamknął się wtedy wydatkami na życie w wysokości 1673 EUR.

Wzrost kosztów wynajmu

Warto mieć świadomość, że istotnie wzrosły w zeszłym roku koszty wynajmu – różne źródła mówią o 10-15%. Nas problem póki co ominął, ale tylko i wyłącznie dlatego, że nie przeprowadzaliśmy się – gdybyśmy teraz chcieli zmienić mieszkanie na 2 bedroom musielibyśmy wyłożyć miesięcznie co najmniej 1300 – 1400 EUR. Dla porównania kiedy przyjechałem do Irlandii (listopad 2013) kwota ta wynosiła odpowiednio ok. 1250 – 1300 EUR. Zaznaczam, że mówię tu o kosztach wynajmu w pełni wyposażonego mieszkania w dobrym stanie, w „lepszej”, bezpiecznej dzielnicy, na cichym osiedlu w dość nowym (rok 2000+) budynku. W wielu miejscach wciąż można wynająć 2 bedroom za mniej niż 1200 EUR, ale często standard lub lokalizacja pozostawiają wiele do życzenia.

Uwagi

Kim jesteśmy

Ponieważ to kim jesteśmy i jak żyjemy ma spory wpływ na nasze koszty utrzymania, warto żebyśmy nieco się przedstawili.

„My” to małżeństwo, jeszcze dość młode (przed trzydziestką). Odżywiamy się raczej zdrowo, lubimy gotować. Ja (mąż) jem lunche poza domem 2-3 razy w tygodniu – w pozostałe dni staram się brać jedzenie do pracy z domu. Kiedy kupujemy jedzenie, to stawiamy na średnią lub wyższą półkę. W przypadku produktów przetworzonych nie przepłacamy za markę; raczej patrzymy na skład. W przypadku produktów świeżych interesuje nas przede wszystkim jakość – cena jest sprawą drugorzędną. Wynajmujemy mieszkanie “1 bedroom”, poniżej 45 m. kw. w ładnej, cichej i bezpiecznej okolicy nad samym morzem. Mało rozmawiamy przez telefon komórkowy, ale korzystamy na nim z internetu. Nie posiadamy auta, nie palimy, nie oglądam telewizji.

Możliwe „dopłaty”

Jeśli interesuje Cię posiadanie auta, dolicz do podanych kosztów co najmniej 150 EUR miesięcznie + koszt paliwa.

Jeśli palisz, policz ok. 10 EUR za paczkę.

Jeśli chcesz oglądać TV, dolicz ok. 160 EUR rocznie za TV License.

Weź pod uwagę, że od 2015 woda w Irlandii przestanie być bezpłatna – oczekiwany koszt to ok. 25-30 EUR miesięcznie, ale ile faktycznie będziemy płacić, to dopiero się okaże.

Nie potrafimy jeszcze ocenić kosztów utrzymania dziecka, ale spodziewamy się, że bez żłobka / przedszkola (ok. 1000 EUR miesięcznie!), że jest to w najlepszym razie ok. 150 – 250 EUR miesięcznie w przypadku bardzo małego dziecka, uwzględniając okazyjnie kupowane ubranka i zabawki. Na pewno wrócimy do tego tematu za jakiś czas.

Czy da się taniej?

Z całą pewnością tak – naszym celem nie jest oszczędzanie na wszystkim i jesteśmy od tego dalecy. Staramy się unikać głupich wydatków i drogich przyzwyczajeń, ale na przykład na żywności specjalnie nie oszczędzamy. Ważne jest też dla nas miejsce, w którym mieszkamy, więc jesteśmy skłonni dopłacić te 100-200 EUR za ładniejszą i bezpieczniejszą okolicę, czy krótszy dojazd do pracy. Jest co najmniej kilka pozycji na naszej liście wydatków, których wysokość można obniżyć. Nie oczekuj jednak cudu – Dublin nie należy do tanich i należy mieć tego świadomość.

Być może zainteresują Cię też…

Czy przeprowadzka do Irlandii jest łatwa?

Zarobki w branży IT w Irlandii / Dublinie.

Jak wygląda szukanie i wynajmowanie mieszkania?

Lub po prostu sprawdź zbiór najważniejszych informacji dotyczących życia w Irlandii.

Podsumowując

Tanio nie jest. Pomijając zupełnie kwestię mieszkania (ok. 900 EUR i więcej za 1 bedroom, 1300 EUR i więcej za 2 bedroom) na same podstawowe wydatki należy przewidzieć w budżecie od 500-600 do nawet 1000 EUR zależnie od ilości osób i „przyzwyczajeń” zakupowych. Dodając koszt auta, czy TV License i doliczając do tego wydatki takie jak odzież, meble, elektronika i inne wyposażenie, a także wakacje, przeloty do Polski itp. łatwo zauważyć, że budżet z łatwością może przekroczyć 2500 EUR miesięcznie w kolumnie „wydatki”. Oczywiście wszystko to co napisałem wyżej to „studium przypadku” – jednej, konkretnej rodziny. Należy traktować go jako punkt odniesienia dla własnych obliczeń, a nie wyrocznię.

Mam nadzieję, że ten wpis będzie pomocny osobom, które rozważają przeprowadzkę do Irlandii (w szczególności do Dublina), albo dopiero co się tu przeniosły i próbują trzymać swoje wydatki w ryzach. Być może powyższe zestawienie zainteresuje też osoby, które mieszkają tu już od dłuższego czasu i są ciekawe jak ich miesięczny budżet wygląda na tle innych osób. Sam chętnie przeczytałbym jakie kwoty wydają na życie inni, więc jeśli chcesz się podzielić uwagami i przemyśleniami – zapraszam do komentowania :- )

Wykop ten artykuł!

Czytaj dalej


Ciąża w Irlandii – cz. 11: Poród w Irlandii

Przyszła pora na kulminację serii „ciążowej” – informacje o tym jak wygląda poród w Irlandii przygotowała, jak zwykle, żona:

Poród w Irlandii – coraz bliżej…

Tak jak już wcześniej pisałam, poród w Irlandii odbywa się w szpitalu, w którym chodziło się na wszystkie wizyty. Trzeba na niego zabrać ze sobą kartę ciąży. Opiszę tutaj mój przypadek (wariant “public”). Oczywiście z relacji koleżanek wiem, że może być bardzo różnie, ale większość z nich jest zadowolona z opieki w szpitalu, w którym rodziłam (Rotunda), chociaż zdarzają się pojedyncze negatywne opinie.

Jak się sprawy mają?

Termin porodu nieubłaganie się zbliżał, ale synek nie śpieszył się na ten świat, a podczas wizyt w szpitalu niewiele mogłam się dowiedzieć. W 40. tygodniu lekarze określili położenie główki jako “cephalic 3/5″ – wartość ta oznacza jaka część główki jest wyczuwalna, lub jaka część główki jest w miednicy (trzeba pytać, bo każda położna opisuje to inaczej :-) ) – ale poza tym jednak nikt nie powiedział mi nic konkretnego: czy to już niedługo, czy wszystko jest w porządku. Nie zrobili też KTG. Z tego co wiem, to w Polsce w każdej przychodni można zrobić sobie KTG jeśli jest się po terminie – tutaj czegoś takiego nie proponują. Co więcej, nikt nie bada też szyjki, co jest moim zdaniem dużym minusem na tym etapie ciąży. W związku z tym pojechałam prywatnie do ginekolog, która mnie dokładnie zbadała, uspokoiła i oszacowała wielkość dziecka na 2800g.

Najwyższy czas?

Piątego dnia po terminie stwierdziłam, że synek coraz mniej się rusza – czytałam, że może to być oznaką zbliżającego się porodu, ale nic innego na to nie wskazywało. Kolejny dzień wyglądał tak samo, więc zaczęłam troszkę panikować i powiedziałam mężowi, że jedziemy na “emergency”. Jeśli przypadek nie jest zbyt poważny, to trzeba chwilę poczekać – najpierw przyjmuje położna, a później lekarz. Położna robi szczegółowy wywiad oraz 20 min. KTG, a do tego bada szyjkę. KTG było prawidłowe i położna stwierdziła, że jeszcze trzeba zaczekać kilka dni, ale ostateczną decyzję miał podjąć lekarz. Na lekarza musieliśmy czekać około trzech (!) godzin. Lekarka, która nas przyjęła nie była zbyt uprzejmą osobą (osobiście nazwałbym ją raczej “bardzo chłodną”, bo jej uprzejmości nie mam wiele do zarzucenia – dop. mąż) i niewiele wyjaśniła. Powiedziała tylko, że mój stan nie jest bezwzględnym wskazaniem do wywoływania porodu, ale ona i tak go wywoła, bo jestem już po terminie, a na porodówce akurat są wolne łóżka, więc nie ma sensu dłużej czekać. Stało się to tak szybko, że ze stresu zaczęłam się trząść, co nie ułatwiło podpisania odpowiednich dokumentów. Chwilę później byłam na oddziale patologii ciąży, a mąż jechał po moją torbę szpitalną :-)

Na oddziale

Oddział patologii ciąży zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie – czysto, przestronnie, nowoczesny sprzęt, mnóstwo położnych i studentek położnictwa do dyspozycji pacjentek. Wszyscy bardzo życzliwi, wytłumaczono mi krok po kroku co będą ze mną robić i jak wygląda cała procedura. Całe szczęście, nie dali mi od razu oksytocyny tylko żel “Prostin”. Jest on dużo łagodniejszy niż oksytocyna w kroplówce. Cała procedura polega na 3-krotnym podaniu żelu – 1 dawka raz na 6 godzin, a następnie – jeśli wody same nie odejdą – lekarz przebija pęcherz płodowy. U mnie wystarczyła jedna dawka – od razu zaczęły się skurcze, po dwóch godzinach odeszły wody, a 3 godziny po odejściu wód położna prowadząca mój poród oraz studentka położnictwa prowadziły mnie na porodówkę (a mąż nosił torby – dop. mąż).

Porodówka

Porodówka, podobnie jak patologia ciąży, bardzo dobrze wyposażona w sprzęt, przestronna i czysta. Minusem mógłby być brak toalety przy każdej sali, ale u mnie wszystko szło tak szybko, że nawet nie miałabym czasu skorzystać ;-) Trafiłam na bardzo rozsądną położną i lekarkę. Lekarza nie ma normalnie przy porodzie, chyba że przy opcji “prywatnej”, ale zawsze pojawia się w trakcie komplikacji (tak chyba jest też w Polsce?).

Poród

Planowałam poród bez znieczulenia i przedyskutowałam mój plan porodu z położną na początku. Przy 4 cm rozwarcia zaczęłam się jednak wahać i pytać o epidural (znieczulenie rdzeniowe), ale położna najpierw zaproponowała mi gaz. Zdecydowałam się na tę opcję – całkowicie nieinwazyjne, trzeba tylko głęboko oddychać. Nie likwiduje bólu, ale człowiek się relaksuje, bo czuje się jak po “kilku głębszych” :-D (z perspektywy “widza” wyglądało to na stan pt. “o jeden ‘rozchodniaczek’ za dużo” – dop. mąż). Kiedy miałam 6 cm rozwarcia zaczęłam wręcz błagać o “epidural”, ale moja położna namówiła mnie, żeby jednak trochę poczekać. Wszystko szło bardzo szybko, a znieczulenie zewnątrzoponowe bardzo często spowalnia poród. Po 20 minutach było już 8 cm więc zgodziłam się na brak znieczulenia. Później pamiętam tylko że położna powiedziała mi że jak czuję, że muszę przeć to mam przeć. Niestety cały poród byliśmy podłączeni do KTG ze względu na nieprawidłowości, dlatego też musiałam rodzić w klasycznej pozycji – na plecach. Jest ona wygodna dla położnych i lekarzy – łatwiej interweniować gdy coś się dzieje – natomiast średnio wygodna dla samej rodzącej. Skurcze stały się coraz słabsze, a dziecko okazało się większe niż wszyscy się spodziewali. Po ok. 1-2 godzinach prób na salę przyszła lekarka z próżnociągiem (vacuum), ale najpierw zrobila użytek z nożyczek chirurgicznych i dała szansę wersji bez “rekwizytów”… No i udało się, bez interwencji próżnociągu i bez znieczulenia, za co jestem im bardzo wdzięczna. Od razu po porodzie dziecko ląduje na brzuchu, a tata – jeśli chce – może przeciąć pępowinę (moje główne wspomnienie to to, że nożyczki chirurgiczne są bardziej tępe niż się spodziewałem – dop. mąż). Poźniej dziecko ważą i ubierają, a mama przystawia dziecko do piersi. Następnie pracownicy personelu “niemedycznego” podają tosta i herbatę dla mamy i taty (można z tego wszystkiego zgłodnieć! – dop. mąż). Po wszystkim można także wziąć prysznic (dają ręczniki i podpaski, natomiast później, na oddziale poporodowym trzeba mieć swoje).

Po porodzie

W porównaniu z porodówką i oddziałem patologii ciąży, oddział poporodowy wygląda, jakby lata jego świetności przypadały na końcówkę lat ‘80. Jest czysto, pościel jest regularnie zmieniana, ale sale i wyposażenie pozostawiały nieco do życzenia. Co więcej, było w nich tłoczno (7-8 łóżek w sali), gwarno (godziny odwiedzin trwały niemal przez cały dzień) i gorąco. Odrobinę prywatności zapewniały zasłony “wokół” każdego z łóżek. Na osobną wzmiankę zasługuje jedzenie – trzy bardzo dobre i różnorodne posiłki “główne” (śniadanie, lunch i kolacja) z możliwością wyboru konkretnego dania w przypadku lunchu i kolacji plus podwieczorek. Minusem była ilość jedzenia, ale po wysiłku jakim jest poród i przy karmieniu piersią każda ilość wydaje się zbyt mała ;-) Z drugiej strony kiedy myślę o szpitalnym jedzeniu w Polsce…

Szpitalna “polityka” jest taka, że matkę z dzieckiem chce się ze szpitala jak najszybciej “wygonić” – nawet po pierwszej dobie, ale do siódmej doby po porodzie odwiedzają ją w domu (codziennie) położne. Moment opuszczenia szpitala zależy jednak od tego jak przebiegał poród oraz jak czują się matka i dziecko, czy dziecko nie ma żółtaczki i czy nie traci na wadze więcej niż powinno. My opuściliśmy szpital dopiero piątego dnia.

Podsumowując

Poród w Irlandii nie był zły. Ogólnie jestem bardzo zadowolona (ja też – dop. mąż) – zarówno z samego szpitala (Rotunda), jak i położnych i lekarzy. Były oczywiście pewne minusy, ale biorąc pod uwagę, że mówimy o publicznej służbie zdrowia całość pozytywnie mnie zaskoczyła.

Czytaj dalej


Ciąża w Irlandii – cz. 10: Szkoła Rodzenia

Na tym etapie nasza przygoda z „antenatal care” się zakończyła – wrażenia z porodu i pobytu w szpitalu pojawią się wkrótce, a tym czasem parę słów na temat z ciążą bardzo blisko związany – szkoła rodzenia. Oczywiście i tym razem pisze żona, choć i ja na koniec dodam parę słów od siebie.

Informacje Organizacyjne

Na szkołę rodzenia należy się zapisać jak najwcześniej – najlepiej przy okazji pierwszej wizyty w szpitalu; później może nie być wolnych terminów, a są to zajęcia, na których warto być – odpowiadają na wiele pytań i rozwiewają wiele wątpliwości i żadna znana nam książka tych zajęć w 100% nie zastąpi.

Szkoła rodzenia zaczyna się mniej więcej w połowie ciąży. Pierwsze zajęcia powinny się odbyć pomiędzy 18 i 22 tygodniem ciąży. Łącznie odbywa się 6 zajęć, z których na pierwsze dwa otrzymamy listowne zaproszenie, a później dostaniemy harmonogram ostatnich 4 z nich.

Tematyka Zajęć

Pierwsze zajęcia są tylko i wyłącznie dla mam. Są to też najdłuższe zajęcia – trwają prawie ponad 2 godziny i składają się ze spotkań z: fizjoterapeutą, pracownikiem socjalnym, dietetykiem oraz położną. Są to głównie informacje dotyczące ciąży – ćwiczeń, zdrowego odżywiania, urlopu macierzyńskiego, rejestracji dziecka w urzędzie itp.

Na drugie (i każde kolejne) zajęcia można przyjść już z mężem (ogólniej: partnerem / partnerką :-) ), a ich tematyka to omawianie pierwszej fazy porodu, w tym ćwiczenia w ciąży (poród to spory wysiłek, więc należy być w formie, a duży brzuch to nie usprawiedliwienie dla lenistwa, jeśli nie ma innych przeciwwskazań zdrowotnych do aktywności fizycznej), pozycje porodowe i techniki relaksacyjne.

Trzecie zajęcia obejmują oznaki porodu, kiedy trzeba jechać do szpitala, omówienie drugiej fazy porodu itp., a także informacje o roli partnera i opcjach znieczulenia.

Czwarte zajęcia dotyczą wyłącznie karmienia – zarówno piersią jak i butelką. Poruszana tematyka to zarówno „technika” karmienia piersią, jak i dieta przy karmieniu, czy sterylizowanie naczyń, ale też informacje o tym czy i kiedy przejść na butelkę.

Piąte zajęcia dotyczą opieki nad dzieckiem – jak kąpać, jakie warunki do spania zapewnić, jak ubierać dziecko itp.

Szóste zajęcia to omówienie pozycji do drugiej fazy porodu, rozwoju dzidziusia, ćwiczeń po porodzie dla dziecka i mamy.

W szpitalu, w którym rodziłam zajęcia odbywają się w dwóch różnych lokalizacjach. Ogólnie są dosyć przydatne i ciekawie prowadzone. Jedynym minusem są godziny zajęć, które bywają bardzo różne, ciężkie do dostosowania się jeśli ktoś pracuje (np. 13:45).

Męski Punkt Widzenia

Nie sądziłem, że to napiszę, ale szczerze polecam udział w zajęciach – Szkoła Rodzenia nie była tak zła, jak można to sobie wyobrażać. Oczywiście te kilka godzin w formie „wykładu” (plus nauka trzymania dziecka z użyciem lalki jako pomocy dydaktycznej) nie dają nawet odrobiny doświadczenia, które daje pierwsze kilka dni z nowym członkiem rodziny w domu, ale otrzymujemy tam całą masę informacji, które wcale nie są tak oczywiste jak mogłoby się to wydawać.

Miłym dodatkiem było też to, że w ramach zajęć dowiedziałem się jak trafić na porodówkę i mogłem zobaczyć ją „na żywo”, dzięki czemu w dniu porodu nie byłem aż tak „przytłoczony” nowym otoczeniem. Drobiazg, ale w takim dniu docenia się nawet tak niewielkie „ułatwienie”.

Oczywiście wpływ na ocenę moich zajęć ma też osoba prowadzącej – Pani była bardzo konkretna, nie prezentowała porodu „cukierkowo”, tylko raczej (z perspektywy czasu) dość obiektywnie, nie oszczędzając – jeśli miało to znaczenie „dydaktyczne” – drastycznych szczegółów, często okraszając je też odrobiną czarnego (OK, „mrocznego”) humoru. Polecam dać tym zajęciom szansę.

Czytaj dalej