Ściągawka wyborcza: gdyby partie polityczne były batonikami

Tym razem pożyczone z Reddita:

Fianna Fail / Fine Gael – Twix. My favourite Twix bar is the left one. No they’re not the same, don’t be stupid. Look, the left one is entirely different from the right one, don’t be fooled by the fact that they’re the same size and shape and sold in the same packet. Yes, my father’s favourite was also the left one, what’s that got to do with it?

Sinn Fein – Daim. A thin veneer of sweetness covering a hard, inflexible centre. You used not to be able to buy them here but they seem to be in everything now. Splinters easily under pressure.

Labour – Milky Way. Looks like a big, solid Mars bar on the outside but is actually entirely made up of a gooey, weak froth that melts under the mildest heat. Now in treat size.

AAA-PBP – Picnic. A load of random shite roughly piled together and thinly coated with chocolate to give the vague appearance of being a cohesive whole. May contain nuts.

Social Democrats – Bounty. Multiple bars per packet. Packed full of lovely clean, white policy as yet unsullied by the outside world. Contents nevertheless seem a bit flaky.

Green Party – Wispa. Used to be a big deal but disappeared due to lack of demand, then brought back by a grassroots campaign. A bit bubbly.

Renua – Caramac. Awful old rubbish that was popular 30 years ago but that nobody buys any more. Strangely sweet but with a terrible aftertaste.

Independents – Revels. A variety of shapes and sizes, but you never know quite what you’re going to get until you bite into them. Need to be kept tightly wrapped up in their packaging or they’ll spill out all over the place.

Źródło

Czytaj dalej


BER, czyli Building Energy Rating

Niezależnie od tego, czy chcemy wynająć, czy też kupić nieruchomość, warto zadbać o to, żeby nie wymagała ona wydawania majątku na ogrzewanie, co w Irlandii jest dość typowym problemem, szczególnie w przypadku domów. Na ratunek kupującym i wynajmującym pędzi BER, czyli współczynnik „energooszczędności cieplnej” nieruchomości. Co warto o nim wiedzieć, zanim zaczniemy przeglądać Daft.ie?

Najbardziej interesującą informacją na temat BER jest to jak – szacunkowo rzecz jasna – wpływa on na roczny koszt ogrzewania mieszkań i domów o określonej powierzchni. Oczywiście realny koszt zależy od wielu innych czynników (np. to jak często wietrzycie, czy choćby od tego jak bardzo grzeją Wasi sąsiedzi), ale warto mieć pojęcie o ile procent więcej statystycznie płaci się za niższy BER w przypadku mieszkania zbliżonego do tego, w którym mieszkacie. Oto tabelka, która pokazuje te różnice, wyrażone jako roczny koszt ogrzewania do „komfortowego” poziomu, jakkolwiek by on nie był zdefiniowany („This table gives estimated annual fuel cost and CO2 emissions on the basis of typical occupancy and heating the entire dwelling to a comfortable level”):

BER-tabela

Co to znaczy dla portfela?

Jak widać różnice pomiędzy poszczególnymi „poziomami” BER spośród tych najpowszechniejszych są dość wyraźne.

W przypadku mieszkań i BER z „najpowszechniejszego” chyba przedziału B-D różnica jest duża przede wszystkim procentowo, ale kwotowo jeszcze nie poraża. Oczywiście 600 EUR rocznie różnicy pomiędzy B3 i D1 dla mieszkania to nie drobnostka, ale to i tak drobiazg, jeśli spojrzymy na domy – w ich przypadku ta sama różnica w BER przekłada się na 1600 EUR różnicy, ale warto mieć na uwadze, że D1 to dla domu niezły wynik (szczególnie dla starszego budownictwa), a niczym wyjątkowym nie są domy z BER E, a różnica pomiędzy D1 i F to już niemal 3000 EUR szacunkowych kosztów.

Moja rada?

Po pierwsze – miarę możliwości warto unikać nieruchomości z BER C i gorszym. W przypadku mieszkań należy celować nawet wyżej (najlepiej B, ale C1 też jest jeszcze sensowne). W przypadku domów C to na ogół bardzo dobry współczynnik, więc nie ma co wybrzydzać, ale warto mieć na uwadze, że wg. powyższej tabelki różnica między C1 i C3 to dla domu wolnostojącego nawet 700 EUR rocznie różnicy.

Po drugie – omijać oferty, w których BER nie jest podany, bo zazwyczaj oznacza to E lub mniej. Jeśli ów współczynnik jest „dobry”, to ogłoszenie z pewnością o nim wspomni.

Po trzecie: jeśli mamy podejrzenia, że podany BER nie jest prawdziwy (np. dom ma BER D i otwarty kominek), to należy to oczywiście zweryfikować prosząc landlorda / sprzedającego o certyfikat.

Po czwarte – zanim podejmiemy decyzję o wynajmie warto sobie zadać trud i poświęcić 2 minuty na porównanie orientacyjnych wydatków na ogrzewanie i ewentualnej korzyści z wynajmu tańszego mieszkania / domu. Nie jest niczym niespotykanym, że ludzie „łaszą” się na 100 EUR mniej miesięcznego czynszu, a potem płacą rachunki ponad 200 EUR miesięcznie, podczas kiedy mogliby płacić np. 50-70 EUR. To samo dotyczy zakupu nieruchomości, ale tu oczywiście matematyka jest nieco trudniejsza, bo musimy wziąć jeszcze pod uwagę np. opłacalność wymiany okien, ocieplenia domu etc.

Reszta informacji

Jeśli chcecie zobaczyć całość ulotki, znajduje się ona tutaj.

Czytaj dalej


Wschód słońca w Clontarf

Nie wrzucam zbyt często zdjęć, bo preferuję „konkretne treści”, przydatne ludziom mieszkającym lub planującym przeprowadzkę do Irlandii, ale dzisiaj nie mogłem sobie odmówić. Zdjęcie robione komórką może tego nie oddawać tak dobrze jakbym chciał, ale bezchmurne niebo i płynne przejście koloru nieba od czerwieni do błękitu wyglądało naprawdę pięknie.

IMG_20160120_080943

Czytaj dalej


13 oznak, że mieszkasz w złej okolicy

Natchnięty kilkoma obserwacjami z ostatnich dni postanowiłem – pół żartem, pół serio – zebrać listę oznak, które mogą wskazywać na to, że mieszkasz w okolicy powszechnie klasyfikowanej jako „rough”:

  1. Najpopularniejsze powitanie w okolicy to „Howya!”
  2. Twoi sąsiedzi mają na imię Stevo i Iano, albo używają pseudonimów
  3. Sąsiedzi wrzeszczą kiedy rozmawiają, nawet jeśli stoją pół metra od siebie
  4. Nie dziwi Cię, kiedy kilkuletnie dziecko sąsiadów krzyczy niezadowolone do mamy: „F*ck you, you cunt!”, a ta – goniąc je – wrzeszczy: „Come here, you little fecker!”…
  5. …a starsza pani z domu obok uważa, że „to słodkie, ale mama ma rację, bo pięciolatek nie powinien jeszcze palić papierosów”
  6. Kiedy mężczyzna grozi kobiecie nożem to nikt z sąsiadów nie reaguje, bo „każde małżeństwo się czasem kłóci”
  7. Najpopularniejszy stój wyjściowy wśród mieszkających w okolicy kobiet to szare spodnie dresowe i różowa bluza z kapturem…
  8. …a wśród mężczyzn – ciemne dresy, biały t-shirt oraz imitacja złota na szyi
  9. Nie widzisz nic dziwnego w kobiecie w szlafroku (koniecznie różowym) palącej przed domem „porannego” papierosa. O 16:00
  10. Uważasz Irlandię za krainę dobrobytu – w końcu większość z Twoich sąsiadów nie pracuje, a wszyscy mają dom i dość pieniędzy na życie
  11. Sąsiad z naprzeciwka ma własny biznes – coś z rowerami. Musi ciężko pracować i być bardzo zajęty w ciągu dnia, bo wszystkie dostawy towaru odbywają się w środku nocy
  12. Syn sąsiada, na pytanie o to, do której klasy chodzi, od trzech lat odpowiada, że do czwartej
  13. Nie rozumiesz, dlaczego ten wpis znajduje się w kategorii „Na Wesoło”

O czymś zapomniałem? ;-)

Czytaj dalej


Jak znaleźć pracę w IT w Irlandii

Dziś postanowiłem napisać parę słów o tym, jak możliwie zwiększyć swoje szanse znalezienia pracy w IT w Irlandii. To dość częste pytanie z którym się spotykam, istnieje też kilka mitów z nim związanych, dlatego zdecydowałem się poświęcić temu tematowi osobny wpis na blogu. Mam nadzieję, że wpis się przyda – szczególnie teraz, kiedy rynek IT w Irlandii (głównie w Dublinie) rośnie jak na drożdżach i pochłania praktycznie dowolne ilości specjalistów.

Wpis będzie dotyczył przede wszystkim osób, które mają już jakieś doświadczenie zawodowe (2-3 lata to minimum dla większości ofert), ale nawet osoby szukające pracy na stanowiskach „juniorskich” powinny znaleźć tu informacje dla siebie. Oczywiście skupiam się na szukaniu pracy z Polski, ale „miejscowi” też mogą skorzystać z porad dotyczących tego jak się dobrze zaprezentować przed pracodawcami.

A dla wytrwałych? Niespodzianka na końcu tekstu! ;-)

Mity dotyczące szukania pracy w IT w Irlandii

Na początek zajmę się mitami – wiele ludzi wierzy w nie, przez co zabiera się do szukania w bardzo zły sposób, marnując swój czas, a często pieniądze.

Mit Pierwszy: Pracy należy szukać „na miejscu”

Nie, nie i jeszcze raz nie. Szczerze odradzam i jeśli mimo wszystko chcesz przyjechać szukać pracy na miejscu – nie mów, że nie ostrzegałem.

Po pierwsze, firmy IT mają bardzo duże „parcie” na zatrudnianie specjalistów, przez co są one chętne, by zatrudniać pracowników zza granicy i nie oczekują, że mieszkasz 15 minut drogi od ich biura, żeby wpaść już jutro na rozmowę kwalifikacyjną. Co więcej, plusem rekrutacji w IT jest to, że umiejętności techniczne stosunkowo łatwo można zweryfikować „zdalnie”. Z tego powodu większość procesu rekrutacji może odbyć się zdalnie (np. zadanie programistyczne) oraz przez Skype (pierwszy screening, a potem kolejne rozmowy techniczne), a spotkanie twarzą w twarz może być końcowym etapem rekrutacji. Wiele firm zapłaci nam wtedy za część lub całość kosztów przelotu i pobytu, a nawet jeśli nie, to sami możemy zorganizować sobie kilka rozmów w ciągu 3-4 dni i upiec kilka pieczeni przy jednym ogniu. Cały taki proces rekrutacyjny może potrwać od dwóch tygodni do miesiąca (albo i dłużej), ale Wasza obecność na miejscu jest wymagana zazwyczaj tylko RAZ. Jeden raz, pół dnia – nie przez 3 tygodnie non-stop.

Po drugie Dublin jest drogi. Przyjazd tutaj to „spalanie” pieniędzy. My, mieszkając tu na stałe mamy ok. 70-75 EUR „stałych” kosztów dziennie (wynajem mieszkania, rachunki, jedzenie, transport etc.). Nie jestem na bieżąco z cenami hoteli, ale strzelam, że to co najmniej 50% więcej. AirBnB jest tańsze – w naszej okolicy trzeba liczyć ok. 45-70 EUR za dzień, ale generalnie da się znaleźć przyzwoity pokój w rozsądnej odległości od centrum za ok. 40-50 EUR za dzień. Do tego doliczcie co najmniej 20 EUR za dzień na jedzenie i transport (zakładam 2 bilety za 2.50 EUR i w wersji „dietetycznej” lunch na mieście za 9 EUR i śniadanie za 6 EUR we własnym zakresie). To, w zaokrągleniu, 400-500 EUR tygodniowo. Nie ma takiej rekrutacji w IT, która by się zakończyła w tydzień – mówimy o co najmniej 2 tygodniach siedzenia na miejscu, czyli o potencjalnie wyrzuconym w błoto 1000 EUR, czyli ~4200 PLN. Zauważcie, że zupełnie pominąłem tu koszt przelotu.

Prawda: pracy w IT szuka się w Irlandii zdalnie, kropka. Jeśli nie jesteście pewni swoich umiejętności, to siedzenie tutaj w niczym Wam nie pomoże. Jeśli jesteście dla potencjalnego pracodawcy potencjalnym wartościowym nabytkiem, to poza nielicznymi wyjątkami nie będzie miało dla niego znaczenia, czy przyjedziecie na rozmowę jutro, czy za półtora tygodnia – poczekają. Oczywiście nie dotyczy to kontraktów, gdzie czasem szuka się ludzi „na już”, ale to jest margines rynku – zwykle nawet kontraktorzy są zatrudniani z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Przyjazd planujcie „z głową”, a pieniądze oszczędźcie na przeprowadzkę – jeśli przyjedziecie tu na stałe, będziecie potrzebować co najmniej ok. 2-3 tys. EUR na start, wynajęcie mieszkania lub pokoju, przejazdy i życie do pierwszej wypłaty.

Mit – każdy moment jest dobry na szukanie pracy

Spotykam się czasami z ludźmi, którzy mają taki oto pomysł: „mam czas w wakacje, przyjadę i poszukam pracy”. Świetnie, ale prawdopodobnie marnujesz czas.

Nie jestem specjalistą od rynku pracy, ale znam go na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że są w roku dwa martwe sezony: tuż przed wakacjami i na początku wakacji oraz grudzień, Święta i Nowy Rok. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że wakacje to leniwy okres, w biurze jest mało ludzi, brakuje „kompletu” osób wymaganych do przeprowadzenia procesu rekrutacji (HR, osoby techniczne, team leader etc.), a nawet jeśli taki komplet się znajdzie, to ma więcej roboty, bo zamiast np. 3 osób od HR jest tylko jedna, więc „przepustowość” rekrutacji drastycznie spada. Jeszcze gorszy jest grudzień – ta sama sytuacja, ale do tego dochodzą kończące się budżety roczne, często brak szczegółowych planów na zbliżający się rok i ogólny zastój procesów decyzyjnych.

OK, wiemy już kiedy pracy nie szukać. A kiedy szukać? Na logikę – tuż po okresach przestojów: na początku nowego roku (zwykle 2-3 tydzień stycznia, żeby firmy zdążyły się na nowo „rozpędzić” po leniwym grudniu) oraz pod koniec wakacji (koniec sierpnia, wrzesień). Do tego okres przed wakacjami (kwiecień / maj) też wydaje mi się nieco bardziej „żywy”.Reszta roku jest w moim odczuciu neutralna – oferty się pojawiają, ale nie ma ich zbyt wielu.

Aby nie być gołosłownym, patrzę teraz na mojego LinkedIn’a „od końca roku” i zliczam „sensowne” oferty: w grudniu dostałem ich 4, w listopadzie 3 (ale wtedy zaktualizowałem mój profil o nową pracę, więc rekruterzy wiedzieli, że nie mają po co pisać ;-) ), następnie od sierpnia do października dostawałem po 10-12 ofert miesięcznie. W czerwcu i lipcu dostałem odpowiednio 6 i 5 ofert, w maju 17 (!), w lutym, kwietniu i marcu po ok. 8-10, w lutym 12 i 14 w styczniu. Oczywiście mój przypadek nie może służyć za źródło jedynej prawdy o rynku pracy, ale pozwala zauważyć, że w ciągu roku są lepsze i gorsze okresy na szukanie pracy.

Prawda: Szukając pracy należy uważać na sezon wakacyjny i grudzień. Warto skupić się na szukaniu w pozostałych miesiącach roku, ze szczególnym naciskiem na styczeń oraz okres tuż przed sezonem wakacyjnym oraz tuż po.

Szukanie pracy – jak się pokazać?

Wiemy już jakich błędów nie popełniać, pora więc ustalić co zrobić, żeby zwiększyć swoje szanse.

Zakładam, że mamy ładne CV w postaci dokumentu PDF oraz założony profil na LinkedIn, który jest najważniejszym źródłem ofert pracy w IT w Irlandii (prócz bycia poleconym przez znajomego). Co jeszcze możemy zrobić, żeby wpaść rekruterom w oko? Najlepiej zacząć od poprawienia widoczności naszego profilu na LinkedIn. Oto kilka sugestii:

Jeśli jesteś programistą, tłumacz to  jako „Software Engineer”

Z mojego doświadczenia wynika, że to „Software Engineer”, a nie „Software Developer”, a już tym bardziej nie „Software Programmer” jest najpopularniejszym i „najlepszym” określeniem na zawód programisty w języku angielskim. Tak nazywa się to stanowisko w większości ofert, tego szukają rekruterzy. Jeśli uważasz, że to nie ma znaczenia, to pomyśl o polskim „programiście” i „informatyku”.

Popraw opis w nagłówku swojego profilu LinkedIn.

Opis w nagłówku, czyli tekst widoczny pod Twoim imieniem i nazwiskiem to pierwsza rzecz, która rzuca się rekruterowi w oczy i „sprzedaje” Twój profil. To także coś, co pozwala Cię łatwiej znaleźć. Użyj tego miejsca najlepiej jak potrafisz – nie pisz tam tylko o swoim obecnym stanowisku („Developer at XYZ”), ale napisz też coś o sobie, upychając w tej sekcji kilka istotnych słów kluczowych („Software Engineer at XYZ | Java, Scala, Python ninja | Big Data enthusiast”). Oczywiście nie należy przesadzać w drugą stronę, ale kilka słów kluczowych to dobry pomysł.

Ustaw w profilu LinkedIn znajomość języka „english” (a nie „angielski”)

Sporo osób przyzwyczajonych do szukania pracy w Polsce ma ustawiony język jako „angielski”. Oczywiście nie ułatwiamy w ten sposób znalezienia nas przez rekruterów, jeśli Ci oczekują znajomości języka „english”. Warto im pomóc.

Zmień podane w profilu LinkedIn miejsce pobytu na Irlandię

Tak, wiem, nie brzmi do końca uczciwie, skoro szukamy pracy z Polski, ale zależy nam na widoczności naszego profilu wśród Irlandzkich rekruterów i to jest sposób na osiągnięcie celu. Oczywiście należy im wyjaśnić naszą sytuację jak tylko się z nami skontaktują. Dla większości nie będzie to stanowiło większego problemu, skoro i tak jesteście nastawieni na wyjazd za granicę.

Dołącz do kilku grup „tematycznych” i do grup z ofertami pracy

Sporo rekturetów szuka kandydatów w takich grupach. Dołączenie zarówno do grup poświęconym konkretnym technologiom („Scala Enthusiasts”, „Java Users Group” itp.), jak i tym związanym z pracą ( „IT jobs in Dublin” itp.)

Oczywiście to tylko kilka „prostych trików” które polecam w celu zwiększenia „widoczności” naszego profilu na LinkedIn. Warto jednak przejrzeć całe swoje CV pod kątem treści, poprawności i wyglądu, posiłkując się przy tym artykułami na ten temat znalezionymi w internecie.

Czy warto szukać ofert na stronach takich jak Jobs.ie czy IrishJobs.ie? Na pewno nie zaszkodzi, ale LinkedIn to podstawa. Co więcej, LinkedIn jest świetnym „papierkiem lakmusowym” tego, jak wyglądają nasze szanse na pracę – jeśli rekruterzy sami do nas piszą, to jesteśmy na dobrej drodze. Jeśli nie piszą, to można pisać do nich samemu za pośrednictwem takich stron, ale warto mieć na uwadze to, że brak odzewu prawdopodobnie oznacza, że albo nasz profil zawodowy nie odpowiada temu, czego rekruterzy szukają, albo mamy za małe doświadczenie, więc wysyłając odpowiedzi na oferty znalezione w innych miejscach też wiele nie zdziałamy.

I pamiętaj – „świat IT” w Irlandii jest bardzo mały

To raczej porada na przyszłość: tutejszy „świat IT” jest mały. Ten w Dublinie jest jeszcze mniejszy. Co chwilę spotykasz ludzi, którzy znają Twoich kolegów z pracy, którzy pracowali z nim w poprzedniej pracy, albo znają się z uczelni. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że co najwyżej „dwa uściski” ręki dzielą Cię od pracownika dowolnej firmy z branży IT w Dublinie. Ten fakt ma bardzo istotne konsekwencje:

Konsekwencja dobra – jeśli jesteś dobry, to wszyscy szybko o tym wiedzą

Jeśli znasz się na swojej pracy, jesteś niezawodny, życzliwy, miło się z Tobą pracuje, to po paru latach w Irlandii znalezienie pracy sprowadzi się dla Ciebie do spotkania na kawie z rekruterem i ustalenia warunków. Ilość „poleceń” jakie dostaniesz od swoich byłych kolegów sprawi, że nie będzie potrzeby bawić się w formalności. Co ważne, nawet jeśli nie pracujesz tu od wielu lat, to i tak dwie trzy dobre referencje mogą ułatwić Ci szukanie pracy. Opinia innych osób o Tobie ma tu bardzo duże znaczenie i warto o nią dbać.

Konsekwencja zła – jeśli jesteś zły, to wszyscy o tym wiedzą… Jeszcze szybciej.

Jak możesz się domyślać, mały rynek działa w obie strony – jeśli jesteś kiepskim pracownikiem i nieżyczliwym kolegą, Twoje szanse na dobrą pracę maleją. Złe opinie rozchodzą się szybko i możesz być pewien, że będą brane pod uwagę przy rekrutacji, dlatego warto wyjaśniać sobie wszystko i rozstawać się z pracodawcami w dobrych relacjach nawet, jeśli nie byliśmy do końca zadowoleni ze współpracy z nimi.

Warto dodać, że nawet jeśli ktoś nie do końca sprawdzi się jako pracownik, to istnieje bardzo niewielka szansa, że ktoś będzie chciał wystawić mu negatywną opinię kiedy będzie szukał kolejnej pracy – zwykle w takich przypadkach mówi się, że pracownik był „w porządku”, ale że „nie do końca wpasował się w zespół”, albo „praca nie odpowiadała jego profilowi i zainteresowaniom”. Tutaj wychodzi Irlandzka (wyspiarska) „życzliwość” – nawet jeśli współpraca układała się nieidealnie, nikt raczej nie będzie Ci chciał długofalowo zaszkodzić z tego powodu; całą „moc” negatywnych referencji zostawia się na ludzi, którzy byli naprawdę złymi pracownikami – nie wywiązywali się z tego co do nich należało, byli konfliktowi, czy nieuczciwi. Wobec nich nikt raczej nie ma skrupułów i pracodawcy będą się wzajemnie chronić przed zatrudnianiem ludzi, którzy byli dla nich takim problemem.

FAQ lub CZP, czyli Często Zadawane Pytania

Pozostałe pytania, z którymi często się spotykam ciężko mi uporządkować, dlatego postanowiłem zebrać je w postaci pytań i odpowiedzi:

Nie mam pojęcia o zarobkach w Irlandii, jak negocjować?

Najpierw zapoznaj się z tym wpisem o zarobkach. Potem oszacuj swoje koszty życia korzystając z mojego raportu. Wiedz czego możesz oczekiwać i ile potrzebujesz aby żyć wygodnie i odłożyć tyle ile zakładasz (albo ile chcesz przepuścić miesięcznie na głupoty, jeśli nie zamierzasz odkładać ;-) ). A potem…

Poproś pracodawcę o przedstawienie Ci propozycji! Poważnie. Na początkowych etapach rozmów unikaj deklarowania ile chcesz zarobić – nie mieszkasz w Irlandii, masz prawo nie wiedzieć ile dokładnie oczekujesz. Masz swoje wyobrażenie, ale nie chcesz się deklarować – graj głupiego. Jeśli pracodawca chce Cię zatrudnić, to ma już wyobrażenie o tym, co chce Ci zaproponować. Jeśli to duża firma, to ta kwota zwykle nie podlega dużej negocjacji, więc nie ryzykuj, że powiesz mniej niż mógłbyś dostać. W przypadku mniejszych firm im bardziej pracodawcy zależy, tym większa szansa, że dostaniesz więcej niż mógłbyś sam zaproponować. Moja rada? Zaryzykuj.

Ja pracuję obecnie w drugiej firmie w Irlandii i jeszcze ani razu nie przedstawiałem swoich wymagań – najpierw, jak napisałem wyżej, „grałem głupiego” i poczekałem na propozycję (dostałem 10% więcej niż oczekiwałem), a za drugim razem zagrałem w otwarte karty, powiedziałem ile aktualnie zarabiam i poprosiłem rekrutera o to, żeby przedstawił ofertę, która wydaje mu się adekwatna. Ponieważ zależało mu na zatrudnieniu mnie, obiecał mi: „I’ll make you an offer you can’t deny” – słowa dotrzymał ;-)

Na co jeszcze, prócz doświadczenia zawodowego, zwracają uwagę pracodawcy?

Open Source. Ja swoją pracę jako programista Java (w Big Data) dostałem pracując jeszcze jako Pythonowiec. Co przekonało pracodawcę? Miałem na koncie kilka napisanych w Javie „patchy” do jednego z projektów Open Source – pracodawca przejrzał je sobie, ocenił co potrafię i miało to dla niego większe znaczenie niż to, że na co dzień, w mojej normalnej pracy, w Javie pisałem dwa razy w roku.

Alternatywa to własny projekt Open Source, nawet taki „zabawkowy”, byle ładnie napisany, otestowany itp. Coś, czym można się pochwalić. Na plus działają też wszystkie kursy (Coursera itp.), ale to dodatek – kod, kod i jeszcze raz kod. Jeśli widzę kod, to wiem co umiesz. Jeśli widzę certyfikat, to wiem tylko co być może umiesz, a co będę musiał dopiero zweryfikować.

Jak wygląda typowa rekrutacja przy szukaniu „zdalnym”?

Wszystko zależy od firmy, część z nich ma swoje bardzo „nietypowe” procedury rekrutacyjne, ale zwykle dla większości z nich schemat jest dość podobny. Pierwsza jest rozmowa (nietechniczna) na Skype z rekruterem – czasami to pół godziny, czasami godzina, rzadko nieco więcej. Zdarza się, że rekruter pyta o bardzo ogólne kwestie techniczne (potwierdza to co jest w CV, pyta o znane technologie itp.), ale nie należy się raczej spodziewać zagadek logicznych czy programistycznych. Drugi krok to na ogół zadanie programistyczne do zrobienia w domu – zwykle jakiś prosty projekt albo problem algorytmiczny. Na ogół powinien on zająć parę godzin, ale na jego odesłanie będziemy mieli kilka dni. Niektóre firmy pomijają ten krok, ale wydaje się on zyskiwać na popularności. Potem prawdopodobnie będzie miała miejsce co najmniej jedna (zwykle więcej: 2, może nawet 3) techniczna rozmowa na Skype – problemy do rozwiązania, algorytmy itp. Jeśli wszystko do tej pory poszło pomyślnie, tu następuje moment, kiedy będziemy musieli pofatygować się do Irlandii i spotkać się z kimś twarzą w twarz. Może to być miła pogawędka z kilkoma przyszłymi kolegami, ale może to też być kolejny zestaw rozmów technicznych – ciężko powiedzieć, to zależy od firmy. Jeśli wcześniejsze rozmowy poszły nam dobrze, to jest spora szansa, że potencjalny pracodawca wie już co umiemy i chce się tylko przekonać jak dobrze pasujemy do zespołu. Nawet jeśli pytania są techniczne, to bardziej mają one na celu zobaczenie jak będzie się z nami współpracować, jakimi będziemy kolegami itp. Po kilku dniach po tej rozmowie, jeśli wszystko poszło jak należy, powinniśmy dostać ofertę pracy, którą możemy zaakceptować lub odrzucić.

Dostaję masę ofert, ale po pierwszym kontakcie rekruterzy się więcej nie odzywają!

Po pierwsze: uważaj na „łowców CV” – nie wiem, czy mają oni płacone od CV wprowadzonego do systemu, czy może w tak dziwny sposób rozumieją ideę swoje pracy, ale jest grupa rekruterów, którzy polują na CV i reszta ma dla nich marginalne znaczenie.

Po drugie: sporo firm rekrutacyjnych nie szuka specjalistów, tylko skupia się na rekrutowaniu informatycznych „robotników” do mało ambitnych kontraktów. Jesteście dla nich tylko pozycją na liście – jeśli pasujecie do profilu konkretnej oferty, pod którą aktualnie rekrutują, to będą bardzo mili i „profesjonalni”. Jak tylko przestaniecie być potrzebni, zerwą kontakt… aż do czasu następnej oferty. Relacja z nimi jest czysto „biznesowa”, z tym że to Wy jesteście w tym biznesie towarem ;-)

Jak więc wybierać te wartościowe oferty?

Polecam skupiać się na ofertach, które są krótkie – jeśli lista wymagań dotyczących znanych technologii jest dłuższa niż 3-5 pozycji w różnych kategoriach i wszystkie one są wymagane, to zapala mi się czerwona lampka. Dobra oferta powinna skupiać się na kilku technologiach i powinna zostawiać pewną dowolność – np. „fajnie jeśli znasz MySQL’a, ale PostgreSQL też będzie w porządku; ostatecznie inna baza relacyjna też, jeśli jesteś biegły w SQL’u”.

Dobra oferta zawiera informację o firmie. Nie musi ona podawać jej nazwy (żebyście nie uderzyli bezpośrednio do tejże firmy), ale powinna informować o branży, co konkretnie firma robi, czy jest duża, do jakiego projektu rekrutuje itp. Im więcej informacji – tym lepiej. Oferta pt. „szukamy XYZ z takimi wymaganiami, zainteresowany?” od razu ląduje u mnie w koszu.

Dobra oferta powinna informować nie tylko o wymaganiach, ale także o tym co oferuje pracodawca. Brak tej informacji świadczy o stosunku pracodawcy do pracownika. Widełki płacowe to rzadkość, szczególnie jeśli firma szuka ludzi z różnym doświadczeniem, więc bym ich koniecznie nie oczekiwał, ale powinna chociaż wspominać takie kwestie jak benefity, czy „warunki / środowisko pracy”.

Oczywiście warto korzystać ze sprawdzonych firm rekrutujących – ja ze swojej strony mogę polecić szczególnie e-Frontiers, która to firma sprowadziła mnie do Irlandii. Bardzo, bardzo profesjonalne podejście do tego co robią i bardzo mili ludzie z „indywidualnym” podejściem do osób, które rekrutują. Jeśli będziecie mieli z nimi przypadkiem kontakt, szczególnie z Vincentem lub Johnem, to możecie wspomnieć tego bloga ;-)

Rekruter pyta mnie, kiedy mogę zacząć pracę, co powiedzieć?

Prawdę. Policz swój okres wypowiedzenia w Polsce, dodaj do tego trochę czasu na przeprowadzkę i szukanie mieszkania na miejscu (ciężko się ich szuka, kiedy już pracujesz i prosto z pracy jedziesz oglądać mieszkania). Polecam zarezerwować sobie na to od tygodnia do półtora. 2-3 dni na załatwienie ostatnich spraw w kraju (zakładam, że większość da się załatwić podczas okresu wypowiedzenia), a resztę na „ogarnięcie się” i szukanie mieszkania po przyjeździe. Nie należy rzecz jasna przesadzić w żadną stronę – zbyt długi okres potrzebny na przeprowadzkę może zniechęcić pracodawcę, a poza tym opóźni naszą pierwszą wypłatę i wydrenuje kieszeń z oszczędności. Zbyt mało czasu z kolei sprawi, że będzie nam dość ciężko przez parę pierwszych tygodni.

Ja zacząłem pracę 3 dni po przyjeździe i zdecydowanie było to zbyt wcześnie – szukanie mieszkania było dość kłopotliwe, a pierwsze dwa tygodnie wspominam jako ciągłą bieganinę. Wydaje mi się, że 2-3 dni więcej zrobiłyby mi dużą różnicę na plus.

To co z tą niespodzianką?

UWAGA! Poniższy akapit jest chwilowo nieaktualny – obecnie nie szukamy nowych pracowników!

Firma, dla której pracuję – Zalando – intensywnie poszukuje specjalistów! Planujemy zatrudnić nawet ok. 100 osób w Dublinie w 2016 roku. Przede wszystkim szukamy programistów (Software Engineer) – preferowana jest Scala, Java i Python, ale jeśli ktoś naprawdę dobrze zna się na rzeczy, ma doświadczenie i chce się przekwalifikować to aktualnie używany język ma drugorzędne znaczenie. Doświadczenie w Big Data to wielki plus, bo tym się zajmujemy, ale ponownie – nic obowiązkowego. Dla kandydatów z „górnej półki” jesteśmy elastyczni. Oczywiście w zamian oferujemy świetne warunki – od zespołu i biura zaczynając, przez organizację pracy i wyzwania zawodowe, na zarobkach  i benefitach kończąc. Z racji tego, że szukamy osób na wielu poziomach doświadczenia (3+ lat), nie mamy określonych widełek, ale zapewniam, że propozycje dla właściwych kandydatów mogą znacznie przekroczyć górne widełki podawane w raportach o zarobkach.

Szczegóły oferty znajdują się tutaj.

Jeśli jesteś zainteresowany/a ofertą, możesz zaaplikować bezpośrednio przez stronę, albo odezwać się do mnie przez formularz kontaktowy. Jeśli masz pytania – pytaj.

Oprócz programistów szukamy też Data Scientistów, Product Specialistów i People Lead (wybaczcie brak polskich nazw).

Szukacie pracy, ale rozważacie także Berlin, albo Helsinki? Tu znajdziecie więcej ofert.

Chcesz pracować dla Zalando, ale nie widzisz oferty dla siebie? Pochwal się co umiesz, a może znajdziemy coś specjalnie dla Ciebie.

Zapraszam!

Czytaj dalej


An Post Redirection, czyli przekierowanie poczty

Tym razem krótko i treściwie: jestem zaskoczony jak wiele osób przy przeprowadzce martwi się tym, że ich korespondencja niedoręczona przed wyprowadzką przepadnie, albo trafi do poprzedniego Landlorda, przez co będą się oni musieli do niego fatygować po odbiór. Jestem zaskoczony, bo istnieje usługa, która pozwala za stosunkowo sensowną opłatą rozwiązać ten problem.

Redirection

Redirection, bo tak nazywa się usługa An Post, to po prostu przekierowanie poczty. By z niej skorzystać należy wypełnić prosty druczek dostępny w każdej placówce pocztowej oraz okazać swój „proof of address” dla mieszkania, z którego się wyprowadzamy i po 5 dniach roboczych każda przesyłka, która będzie zaadresowana na nasze dane osobowe i stary adres (spam wysyłany do „The Resident” albo koperty bez nazwiska odbiorcy nie zostaną przekierowane) trafi pod nasz nowy adres.

Istnieje oczywiście możliwość zamówienia usługi przez internet, ale wtedy zacznie ona działać najszybciej po 7 dniach roboczych, co nie zawsze musi nam odpowiadać.

Ceny nie są niskie, ale moim zdaniem warte wygody. Jeśli dobrze zorganizujemy naszą przeprowadzkę i szybko powiadomimy wszystkich (bank, dostawca prądu i gazu, Revenue, Welfare etc.) o nowym adresie, to najtańszy pakiet – 3 miesiące za 70 EUR – wystarczy nam „z zapasem”. Jeśli nie, do wyboru są jeszcze opcje 6 miesięcy (95 EUR) i rok (130 EUR). Za nieco większą opłatą można też przekierować pocztę na adres zagraniczny.

Oczywistym minusem rozwiązania jest to, że dotyczy ono tylko An Post, ale moim zdaniem to nieistotna wada – większość „ważnej” korespondencji (banki, urzędy) dociera do nas właśnie przez An Post, a jeśli spodziewamy się kuriera, to zwykle dlatego, że sami go zamówiliśmy, albo wiemy, że ktoś go dla nas zamawia, więc szansa, że przesyłka zostanie nadana na zły adres jest minimalna.

Moim zdaniem komfort i uniknięcie problemów z niedoręczonymi przesyłkami jest wart tej ceny. Z usługi korzystałem, mogę polecić.

Czytaj dalej


15 rzeczy, które irytują mnie w Irlandii

Irlandia to całkiem przyjemne miejsce do życia. Nie idealne, ale – póki co – plusy przeważają na tyle, żebyśmy nie planowali powrotu do Polski w najbliższym czasie. Oczywiście zielona wyspa ma też swoje minusy – niektóre z nich są drobiazgami, które szybko zaczynamy ignorować, albo z którymi uczymy się żyć, ale jest też kilka aspektów życia w Irlandii, które wciąż potrafią mnie mocno zirytować, nawet po ponad dwóch latach pobytu w tym kraju. Niektórym z nich poświęciłem już osobny wpis, więc nie będę się rozpisywał, ale kilka rzeczy jest nowych. Stare, czy nowe – oto i one: minusy mieszkania w Irlandii w moim małym, subiektywnym podsumowaniu!

Dwa krany

Temu tematowi poświęciłem już krótki, osobny wpis. Jest to coś, co irytuje mnie tak bardzo, że nawet nie mam ochoty o tym drugi raz pisać. Na szczęście do większości nowych mieszkań dotarła już cywilizacja, więc problemu da się uniknąć. Jeśli ktoś nigdy nie widział tego wynalazku (szczęśliwcy!), załączam zdjęcie:

Dwa krany w umywalce

Powód dla którego tu i ówdzie spotyka się tu jeszcze dwa krany jest mi znany i powstał już kiedyś o nim wpis, ale nie zmniejsza to niestety mojej irytacji, kiedy przychodzi mi z tego wynalazku korzystać.

Brak gniazdek w łazience

Skoro już jesteśmy w łazience… Kolejna rzecz na mojej liście to brak gniazdek w łazience. Nie ma, i już. To znaczy są, jest, ale tylko jedno, bardzo specjalne – gniazdko służące do podłączenia maszynki do golenia, nazywające się po tutejszemu „electrical shaver socket”, często wchodzące w skład lampki nad umywalką. Tu przykład gniazdka „samodzielnego”:

shaver_socket_in_white

Naturalnie podyktowane jest to względami bezpieczeństwa, ale umówmy się – jak często słyszycie o wypadkach, w których „winnym” był prąd w łazience? Jeśli takowe się zdarzają, to na ogół nie dlatego, że ktoś chlapnął na gniazdko trzema kroplami wody, ale np. dlatego, że trzymał permanentnie podłączoną do gniazdka suszarkę na półce bezpośrednio nad wanną i pewnego dnia, podczas kąpieli, niechcący strącił tę suszarkę do wody. Kłóciłbym się jednak, czy „winne” jest tu rzeczywiście gniazdko, czy zwykła głupota użytkownika.

Samozamykające się drzwi

Oczywiście nie chodzi tu o drzwi do budynków, ani nawet drzwi do mieszkań. Chodzi o drzwi wewnątrz mieszkań – takie do kuchni, pokoju, sypialni. Nie widzieliście takich? Zapewnie ktoś wymontował z nich mechanizmy samozamykające, bo też go irytowały, ale musicie wiedzieć, że w Irlandii tego typu rozwiązania są w mieszkaniach obowiązkowe! Nie irytowałoby mnie to tak bardzo, gdyby nie fakt, iż w większości mieszkań, szczególnie tych pod wynajem, używany jest najtańszy możliwy mechanizm, czyli metalowy łańcuch na sprężynie, który wygląda bardziej jak narzędzie tortur, niż coś, co ma zapewniać bezpieczeństwo:

closing

Drzwi zamykane z jego pomocą zamykają się bardzo (naprawdę bardzo) szybko i z dużą siłą – taką, która wystarczyłaby do złamania ręki dorosłego, nie mówiąc już na przykład o główce dziecka (co usiłował sprawdzić nasz syn w ciągu pierwszych 10 minut od zamontowania łańcuchów przez landlorda; szczęśliwie stałem obok). W moim odczuciu ryzyko pożaru jest nieporównywalnie mniejsze niż ryzyko związane z używaniem takiego mechanizmu, dlatego wymontowałem je niezwłocznie po opuszczeniu mieszkania przez landlorda. O ile samozamykające się drzwi mógłbym z bólem (nomen omen!) przeżyć, o tyle ten konkretny mechanizm jest dla mnie nie do zaakceptowania. Rzecz jasna te mechanizmy są montowane nie po to, by drzwi trzymać otwarte za pomocą np. zwiniętej gazety – to także jest zakazane.

Sprawa jest dość kontrowersyjna nawet dla samych Irlandczyków, co widać na forach dyskusyjnych, takich jak to (akurat UK, ale tam przepisy są podobne), czy to. Ponoć urazy spowodowane przez takie drzwi są plagą szczególnie w domach opieki, gdzie starsze osoby nie zawsze mają dość siły czy ostrożności, żeby sobie z tym ustrojstwem poradzić. Jak dla mnie – brzmi wiarygodnie.

No i na koniec, pomijając już nawet kwestie bezpieczeństwa: nie wiem kto chciałby mieszkać w mieszkaniu, w którym wszystkie pomieszczenia są od siebie oddzielone zamkniętymi drzwiami przeciwpożarowymi. Ja nie.

Pogoda

Pogoda w Irlandii nie jest tak tragiczna jak głoszą legendy, ale do najlepszych nie należy. Mnie osobiście najbardziej doskwiera wiatr – wieje codziennie, wieje nieustannie, wieje z każdej strony. Wieje do tego stopnia, że jak przestanie wiać, to człowiek się czuje jakby był w jakimś pół-śnie – nagle robi się cicho, nic nie szumi bez przerwy w uszach. Naturalnie wiatr to nie wszystko – jak wieje, to zwykle po to, żeby mogło nam zacinać deszczem prosto pod kaptur (zapomnijcie o parasolce!). Nie pada aż tak często, jak mogłoby się wydawać, ale jak już pada, to pada obficie. No i pada „seriami” – bywają dwa-trzy tygodnie pod rząd bez deszczu, ale potem przychodzi taka pora jak teraz, kiedy pada przez dwa tygodnie bez przerwy, a człowiek tylko suszy buty i narzeka. Przy tym wszystkim temperatura to pikuś – owszem, tęsknię za temperaturami powyzej 23 stopni celsjusza (tutaj zdarza się taka raz w roku, a więcej niż 20 jest może przez dwa tygodnie w ciągu roku; 16-18 stopni to norma w „ciepły” dzień), ale z drugiej strony cieszy mnie brak koszmarnych upałów (powyżej 30 stopni), jak i mroźnych zim. Coś za coś.

Droga do wynajęcia mieszkania

Temat poruszany wcześniej, ale dodam tu tylko, że teraz jest chyba jeszcze gorzej, bo mieszkań jest mniej i są jeszcze droższe. Oczywiście rynek rynkiem – można przeżyć – ale najgorsza część tej całej „zabawy” to „casting” na lokatora. Tak czy inaczej – gotuje się we mnie na myśl o ewentualnej przeprowadzce ;-)

Absurdalne ceny nieruchomości i ich stan

Temat rzeka. Niezależnie, czy myślimy o wynajmie, czy o zakupie, większość nieruchomości w Irlandii boryka się z tymi samymi problemami, a najistotniejszymi z nich są…

Przede wszystkim w oczy rzuca się rozmiar tychże – w okresie „boomu” budowlanego wszystko co miało dach i ściany sprzedawało się na pniu, nie dziwi więc, że z braku odpowiednich regulacji (nie żebym był ich zwolennikiem, ale skoro klienci sami nie potrafią zadbać o jakość tego, co kupują, tylko w owczym pędzie biorą z pocałowaniem ręki co tylko się trafi…) w Irlandii powstała cała masa mieszkań i domów o powierzchni, która każdemu trzeźwo myślącemu człowiekowi wydaje się nieadekwatna do ilości pomieszczeń w tejże nieruchomości. Nie jest niczym wyjątkowym mieszkanie z jedną sypialnią o powierzchni 30-32 metrów kwadratowych (kuchnia to dwie szafki i lodówka, sypialnia mieści łóżko, szafkę nocną i niewielką szafę na ubrania, a o jakiejkolwiek powierzchni do przechowywania czegoś więcej niż ubrania możemy zapomnieć) albo „duże” mieszkanie z trzema sypialniami, z których każda ma 6-8 metrów kwadratowych powierzchni. W przypadku domów problem nie jest tak ewidentny, bo jednak co dom, to dom, ale kiedy czytam o „posiadłościach”, które mają 3-4 sypialnie, a ich powierzchnia nie przekracza 80-90 metrów rozłożonych na dwóch piętrach (ile z tego zajmują korytarze i schody?), to coś mi nie pasuje… Nie bez powodu takie „rezydencje” nazywane są pieszczotliwie „pudełkami na buty” („shoeboxes”).

Drugi problem to jakość. Nie licząc pojedynczych mieszkań, na ogół tych ulokowanych w „środku” bloków mieszkalnych (otoczonych innymi mieszkaniami), nieruchomości w Irlandii są zimne. Od okien ciągnie tak, że przy braku miejsca w lodówce można postawić jedzenie na parapecie i mała jest szansa, że coś mu się stanie przez dzień lub dwa. Do tego wszędzie rozlokowane są – z racji panującej wilgoci – nieduże otwory wentylacyjne, które jeszcze bardziej ułatwiają wymianę ciepła z otoczeniem. Drzwi wejściowe także do szczelnych nie należą. W domach dochodzą do tego otwarte kominki. My szczęśliwie wynajmujemy teraz bardzo ciepłe mieszkanie, ale ciągle pamiętamy nasze poprzednie, w przyziemiu, gdzie mimo ciągłego grzania i wysokich rachunków ciągle było chłodno, a chodzić boso nie dało się nawet  w środku lata.

Wilgoć i grzyby. Długo by pisać – czarny grzyb na ścianie w okolicy okien to norma. Należy kupić coś do walki z nim i się nie przejmować, bo szkoda na to zdrowia. Gorzej, że często grzybem zarośnięte są także łazienki, kuchnie i inne miejsca, które powinny być w nieco lepszym stanie. Co gorsze, powszechność grzyba sprawia, że właściciele mieszkań nawet się nim nie przejmują i nawet kompletnie zagrzybione mieszkanie potrafi kosztować majątek.

Koniec końców – ceny. Kiedy przyjechałem do Irlandii mieszkanie z dwiema sypialniami (niemal identyczne do tego, które wynajmujemy obecnie), kosztowało 1200 EUR miesięcznie. Obecnie cena minimalna to 1400-1450 EUR, a pojawiają się już ogłoszenia za znacznie więcej. Ceny zakupu są nieco bardziej stabilne, ale w perspektywnie 2-3 lat również poszły w górę – zakup wspomnianego mieszkania (lub bardzo podobnego, na tym samym osiedlu), to wydatek ok. 340-360 tys. EUR. Wystarczy zestawić to ze średnią zarobków w Irlandii (ok. 35 tys. EUR rocznie brutto, tj. 28 tys. EUR netto) i kosztami życia, żeby zobaczyć jakim wyczynem jest zakup własnego lokum na Zielonej Wyspie. Nawet pracując w lepiej płatnym zawodzie i kupując mieszkanie w nieco mniej atrakcyjnej lokalizacji (270 tys. EUR, na ten przykład) dalej musimy rozbić świnkę skarbonkę, albo uwiązać sobie u szyi bank na kolejne 30-35 lat.

Pająki

Mniej uciążliwe odkąd mieszkam na drugim piętrze, kilka metrów od najbliższych roślin, ale dalej irytujące, bo za pająkami nikt w mojej rodzinie nie przepada. Wcześniej, kiedy mieszkaliśmy na parterze, początek sezonu grzewczego oznaczał początek pielgrzymek stawonogów do naszego mieszkania celem ogrzania się. Jak powszechnie wiadomo w Irlandii nie ma zimy, która by mogła skutecznie ograniczyć populację tego typu stworzeń, więc rosną one duże i dorodne. Szcześliwie jest spray dostępny np. w Tesco, który rozwiązuje problem dość skutecznie, ale nie zmienia to faktu, że pająków widziałem w naszym mieszkaniu więcej, niż w podobnym okresie czasu w Polsce, kiedy mieszkałem jeszcze w domu z ogródkiem (a te które tam widziałem, to głównie chuderlawe kątniki, a nie spasione Irlandzkie bydlaki).

Domy z ładnym frontem i szarymi bocznymi ścianami

Zdjęcie powie więcej niż tysiąc słów. Niby ma to sens (czyt. jest praktyczne), ale to trochę tak jakby na rozmowę kwalifikacyjną na Skype ubrać się  w koszulę i krawat, ale nie założyć spodni i przed komputerem zasiąść w samych slipach. Całkiem ładny front i szaro-biały, dwukolorowy bok:

Dom z szarym bokiem

Wiem, nie moja sprawa, niech sobie każdy ma taki dom jak chce… Ale takie coś godzi w mój zmysł estetyczny i brutalnie poniewiera moim pedantyzmem, więc nie mogłem nie umieścić tej pozycji na liście. Jestem przewrażliwiony? ;-)

Przy okazji na zdjęciu widać jeszcze jeden niezrozumiały dla mnie wynalazek Irlandzki: okno otwierane na zewnątrz, ale jako że nigdy nie musiałem z takowego korzystać (ani go myć! szczególnie takiego na drugim albo trzecim piętrze), to nie umieściłem go na mojej liście.

Beton albo żwir przed wejściem do domu (zamiast trawy)

Kolejna pozycja z cyklu „a co Cię to obchodzi”. No niestety, obchodzi, bo o ile naprawdę podobają mi się tutejsze domy, o tyle boli mnie, kiedy patrzę na to, co przed nimi, bo niektórzy Irlandczycy mają paskudny zwyczaj wylewania całej przestrzeni przed domem betonem, brukowania jej albo zasypywania żwirem. Wygląda to na przykład tak:

Dom beton

Dla porównania druga połówka tego samego bliźniaka:

Dom trawa

Widać różnicę? Ja nie mam wątpliwości w którym domu wolałbym mieszkać. Oczywiście rozumiem względy praktyczne (parking), ale litości…

Mieszkania / niby-domy z gigantycznymi schodami

Ponownie, zdjęcie poglądowe na początek:

rco

Zdecydowane minusy to dużo chodzenia, brak windy (świetna opcja dla osób starszych, albo matek z dziećmi), średnio atrakcyjny wygląd; plusów nie stwierdzono.

Chleb

Lub to, co chlebem nazywają Irlandczycy. O ile paskudne, gumiaste pieczywo tostowe jestem jeszcze w stanie w drodze absolutnego wyjątku zrozumieć (po upieczeniu robi się zjadliwe, chociaż dalej nie jest nawet blisko tego, co klasyfikuję jako „jedzenie”), o tyle to coś, co nazywa się „soda bread” nie mieści się w żadnej kategorii spożywczej. Kupiłem ten wynalazek tylko raz, przy okazji pierwszych zakupów w Irlandii i choć postanowiłem nigdy więcej tego błędu nie popełnić, moje wspomnienie o śmierdzącym zdechłą rybą, suchym, sypiącym się i gorzkim w smaku chlebie jest ciągle żywe. Gdybym nie miał możliwości pieczenia własnego chleba, to musiałbym z chleba zrezygnować – jedzenie soda bread nie byłoby alternatywą.

Alkohol można kupić tylko w określonych godzinach

Tak, tak, zupełnie jak za PRL, prawda? Różnica jest taka, że w Polsce godziną „zero”, od której sprzedaż alkoholu była dozwolona, była godzina 13, a w Irlandii jest to 10:30 od poniedziałku do soboty oraz 12:30 w niedzielę (pewnie po to, żeby przypadkiem komuś nie przyszło do głowy kupić alkoholu w drodze na mszę, olaboga!). Górna granica to natomiast 22:00 – studencie, zapomnij o dokupieniu flaszki, jeśli zapasy imprezowe wyczerpały się zbyt wcześnie.

Jaka jest idea stojąca za tego typu przepisami? Zabijcie mnie, nie wiem – być może ustawodawca miał złe doświadczenia z domu rodzinnego i myśli, że ludzie nie kupują alkoholu „na później”, tylko opróżniają całą butelkę minutę po odejściu od kasy…. Pomijając czysto „wolnościowy” aspekt tego typu ustaw, który doprowadza mnie zwykle do białej gorączki (dorosły człowiek nie może kupić legalnie dostępnego produktu w określonych godzinach, bo ustawodawca wie lepiej i traktuje obywateli jak dzieci, którym trzeba coś ograniczać „dla ich dobra”, bo 0.01% z nich chodzi „napruty” od 8 rano po centrum miasta), nie bolą mnie one tak bardzo – alkohol pijam raczej okazjonalnie, zwykle mam też chociaż ćwierć butelki whisky w zapasie, na wypadek jeśli najdzie mnie niespodziewana ochota na małą szklaneczkę. Od strony „organizacyjnej” – da się przeżyć.

Tym, co jednak irytuje mnie w tym idiotycznym przepisie najbardziej jest to, że odnosi się on także do dostaw zakupów spożywczych robionych online. Oznacza to dokładnie tyle, że jeśli zapraszam gości w sobotę na wieczór i chcę zamówić na rano dostawę z Tesco, w której skład wejdzie np. butelka Jamesona, to nie mogę poprosić o przywiezienie takiego „zestawu” na 8-10 rano. Muszę albo kupić alkohol osobno, albo wybrać „slot” 10-12, a wszelkie nasze przygotowania do imprezy (gotowanie itp.) są opóźnione na starcie o ok. 2 godziny, bo zachciało mi się zamówić pół litra napoju procentowego. Paranoja.

Brzydkie i zatłoczone centrum Dublina

Centrum Dublina jest po prostu brzydkie – szare, brudne, pełne lokalnych narkomanów na socjalu i koszmarnie zatłoczone. Rzecz jasna da się w słoneczny dzień znaleźć miejsca, które wyglądają urokliwie, ale im dłużej się po tym centrum poruszamy, tym bardziej rzucają nam się w oczy obrazki takie jak ten:

Screen Shot 2015-12-14 at 8.05.48 p.m.

Na szczęście nikt nam nie każe mieszkać w centrum, a okolice położone 15-20 minut autobusem (10 minut Dartem) dalej od niego wyglądają już na przykład tak:

IMG_2242

 

IMG_2219

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze wspomniany tłok. Przedostanie się z południa na północ wzdłuż osi wyznaczonej przez O’Connell Bridge to droga przez mękę – większość czasu przestępujemy z nogi na nogę i niejako „przy okazji” przemieszczamy się o parę centymetrów do przodu, zamiast iść sensownym tempem. Sprawy nie ułatwiają wąskie chodniki, a kiedy dodamy do tego zatrzymujących się niespodziewanie w losowo wybranych miejscach turystów… Wiem, marudzę, ale kiedy człowiek gdzieś żyje i pracuje, a nie zwiedza, szybkie przemieszczanie się na piechotę ma dla niego znaczenie, a centrum Dublina jest pod tym względem koszmarne.

Kiepski Transport Publiczny

Pisałem o tym bardzo niedawno, więc krótko tylko podsumuję – transport publiczny w Dublinie jest zły, a do tego drogi. Jeśli Twój pracodawca oferuje Tax Saver, to trochę oszczędzisz, ale i tak odczujesz ten koszt. Przy tej okazji pragnę pozdrowić Wrocławskie MPK, które przy wszystkich swoich wadach oferuje usługi na nieporównywalnie lepszym poziomie niż Dublin Bus ;-)

Służba Zdrowia

Tutaj po „głowie” dostaną zarówno lekarze (konkretnie GP), jak i sam system.

GP, bo są bezużyteczni (uzyskanie od nich bardziej wartościowej porady niż „that’s grand” i przepisanie aspiryny graniczy z cudem). Poza tym gabinety są zwykle czynne w takich godzinach, że odwiedzenie ich przed pracą / po pracy jest niemożliwe, a „Out Of Hours GP” (znane też jako DOC NOW) służy do przypadków „nagłych”, które nie mogą czekać do rana, a nie do umawiania się na normalne wizyty w bardziej dogodnych godzinach.

System, bo mimo wysokich składek na ubezpieczenie zdrowotne każda wizyta u lekarza kosztuje mnie 50-60 EUR, a wizyta w szpitalu (emergency room) to koszt 100 EUR. Do tego dochodzi odpłatność za pobyt w szpitalu – 75 EUR na dobę (maksymalnie 750 EUR w ciagu 12 miesięcy), czy za konsultacje specjalistyczne (100 EUR+, zależnie jaki specjalista i gdzie).

O ile jestem zwolennikiem odpłatności za wizyty nawet w przypadku publicznej służby zdrowia opłacanej ze składek (unikamy sytuacji, w której ludzie zapisują się do 3 lekarzy na raz blokując trzy kolejki, a potem nie odwołują wizyty, tylko po prostu nie przychodzą), o tyle uważam, że taka opłata powinna być znacznie niższa – 10, góra 20 EUR. Możliwość odliczenia sobie 20% tych kwot w zeznaniu podatkowym jakoś mnie specjalnie nie pociesza.

A to wszystko ze świadomością, że beneficjenci Medical Card mają to wszystko za darmo, choć wielu z nich to ludzie, którzy tylko i wyłącznie z lenistwa nie przepracowali w życiu ani jednego dnia. A pracujący dostają z dwóch stron – najpierw składki, potem płatności za wizyty.

Niestety jest, jak jest, przez co mieszkając w Irlandii mam wątpliwą przyjemność korzystania z drogiego, a jednocześnie bardzo kiepskiego systemu służby zdrowia. Przyznam szczerze, że wolę już Polską wersję, gdzie publiczna służba zdrowia jest kiepsko zorganizowana (kolejki!), ale jest darmowa, a sami lekarze na ogół są całkiem rozgarnięci (wiadomo, trafiają się wyjątki, ale od tego mamy znajomych, którzy mogą doradzić do kogo warto się zapisać, a do kogo nie).

Tylko 15, czy aż 15?

Trudno mi ocenić, czy 15 rzeczy na powyższej liście to dużo, czy mało. Większość z nich to „drobiazgi”, ale jest też kilka rzeczy, które „uwierają mnie” niemal codziennie. Na pewno o czymś też zapomniałem – prawdopodobnie nie o tych największych minusach mieszkania w Irlandii (skoro są takie duże, to raczej o nich pamiętam), ale być może zabrakło jakichś nieco mniejszych, z którymi spotykam się każdego dnia, przez co nauczyłem się je ignorować i o nich nie pamiętać. Myślę, że jedyną uczciwą metodą odpowiedzi na to pytanie byłoby przygotować podobną listę dla Polski i porównać co się na obu znajduje – być może kiedyś się pokuszę o takie porównanie ;-)

Jeśli jest coś, co Twoim zdaniem pominąłem, a co Tobie nie daje w Irlandii spokoju – podziel się tą informacją w komentarzu!

Czytaj dalej


Transport publiczny w Dublinie

Jeden z czytelników bloga zwrócił mi ostatnio uwagę, że ciężko mu określić na podstawie moich wpisów jaki tak naprawdę jest transport publiczny w Dublinie. Zdarza mi się narzekać, innym razem piszę, że nie jest tak źle. To prawda, jeśli chodzi o jego niezawodność moja opinia zmienia się sezonowo, ale mój punkt widzenia na pozostałe kwestie (ceny, wygoda) jest raczej stały. Uznałem więc – jako że mieszkam w Dublinie już dwa lata i jako takie zdanie w temacie mogłem sobie wyrobić – że pora zebrać do kupy większość moich przemyśleń w tym temacie…

Jak się jeździ?

Jak już napisałem, moja opinia o transporcie publicznym w Dublinie zmienia się wraz z porami roku – latem, kiedy częściej biegam czy chodzę na piechotę i rzadziej marznę na przystankach moja opinia jest umiarkowanie pozytywna: autobusy kursują dość regularnie (zaznaczam, „mój” autobus ma na większości trasy do dyspozycji wydzielony buspas, co nie jest „standardem”), Dart jeździ szybko i na czas (w godzinach szczytu miewa kilka minut opóźnienia) – da się żyć.

Zimą moja opinia zmienia się na jednoznacznie negatywną: autobusy jeżdżą w kratkę, przez ogólnie gorsze warunki na drogach częściej stoją w korkach, a tłok w godzinach szczytu staje się tak duży, że zaczynają one omijać przystanki, bo są przepełnione; Dart zalicza regularnie opóźnienia po 10-15 minut (4-5 minut to „dobre” spóźnienie), a do tego jest tak zapchany, że nie zawsze uda się wsiąść.

Wygoda – tu też bywa różnie. Sam standard autobusów jest akceptowalny (lepszy niż stare Ikarusy, ale zdecydowanie gorszy niż w najnowszym taborze Wrocławskiego MPK), trochę gorzej z czystością, włączając w to współpasażerów… Dart i Luas zarówno w kwestii standardu jak i czystości są moim zdaniem lepsze, choć też bez rewelacji.

Biorąc pod uwagę tylko i wyłącznie kwestię niezawodności i wygody, mógłbym powiedzieć, że komunikacja jest średnio-kiepska, ale… Nie jest.

Ile to kosztuje?

Mówiąc wprost – komunikacja miejska w Dublinie jest po prostu absurdalnie droga, w stosunku do jakości: bilet jednorazowy (płatny LeapCardem) na autobus to 2.05 lub 2.60 EUR (pomijam bilet 1-3 Stages za 1.50 EUR, bo to odcinek, który w godzinach szczytu szybciej można przejść na piechotę), a biletów czasowych nie ma (!). Dart też do tanich nie należy, ale tu relacja jakości do ceny jest akceptowalna. Luas jest pod względem ceny i jakości chyba najlepszy, ale pokrywa stosunkowo mały obszar miasta, a do tego jego dwie linie nie są ze sobą połączone, więc też nie rozwiązuje problemu. Istnieje co prawda górny limit dziennych i tygodniowych wydatków Leap Carda, powyżej którego już nie płacimy, ale jest on stosunkowo duży, szczególnie jeśli ktoś jeździ kilkoma różnymi środkami transportu (40 EUR tygodniowo).

Na plus – Tax Saver; jeśli Wasz pracodawca go oferuje, to możecie za stosunkowo rozsądną cenę kupić bilet miesięczny na wybrane środki transportu. Aczkolwiek należy pamiętać, że opłaca się on na ogół dopiero wtedy, kiedy jeździmy z przesiadką, albo mamy do pokonania bardzo daleką (drogą) trasę. Bez tego – płacz i płać.

Co jeszcze?

Następny minus – brak rozkładów jazdy autobusów, podczas gdy elektroniczna informacja o czasie pozostałym do przyjazdu autobusu jest dostępna tylko na przystankach w centrum i na „ważniejszych” przystankach na pozostałej części trasy. W pozostałych przypadkach mamy jedynie informację o tym jak często jeździ autobus, o której rusza z zajezdni oraz jakie są orientacyjne czasy przejazdu między kilkoma wybranymi przystankami. Absurd? Nie, witamy w Dublinie!

Na koniec dorzućmy jeszcze regularne strajki, które potrafią zamienić poranny dojazd do pracy w prawdziwy koszmar.

Źle, źle, źle…

Tak to mniej więcej wygląda. Czasami bywa nieźle (proszę wziąć poprawkę na to, że mieszkam koło linii autobusowej, która ma wydzielony buspas na prawie całej długości trasy!), ale za całokształt wystawiam w skali szkolnej „dostateczny na szynach” – da się jeździć, da się być na czas, ale ciężko udawać, że jest dobrze, skoro nie jest. Naprawdę trudno nie narzekać.

Na poprawę humoru, mój ulubiony mem związany z tematem:

Bus meme

Czytaj dalej


10 „slangowych” zwrotów, które zaskoczą Cię w Irlandii

Przypomniały mi się ostatnio moje pierwsze dni w Irlandii i to, jak zaskakiwały mnie w codziennych rozmowach nawet proste z pozoru zwroty, których znaczenia wtedy jeszcze nie rozumiałem. Pomijając już kwestie „praktyczne” i to, że ich znajomość w dniu przyjazdu pewnie pozwoliłaby mi uniknąć kilku niezręcznych sytuacji, wszystkie one wydają mi się w taki czy inny sposób ciekawe lub zabawne, więc postanowiłem się nimi tu podzielić. Oto one:

„what’s the story”

Popularny zwrot, na ogół używane jako zamiennik „how are you”, czyli po prostu „cześć” (kiedy Irlandczyk / Brytyjczyk pyta Cię „how are you” nie interesuje go odpowiedź, więc zwyczajowo odpowiada się „not too bad, how are you”). Warto go znać, żeby nie zrobić z siebie głupka pytając rozmówcę np. o jaką historię konkretnie mu chodzi.

craic

Przetłumaczyłbym jako „zabawa”. Słowo „craic” (wym. „krak” z „a” przechodzącym w „e”) zwykle występuje w zwrotach takich jak pytanie „what’s the craic” („co u Ciebie?” / „co działo się w Twoim życiu odkąd ostatni raz się widzieliśmy?”) oraz określenie „good craic” (fajna zabawa, niezła rozrywka etc.), np. w kontekście wyjazdu na wycieczkę firmową: „it’s gonna be a good craic on the bus”, czyli: „będziemy się dobrze bawić w autokarze”.

to call over

Podejść, podskoczyć. Jeśli kolega z pracy prosi nas o pomoc, to „I’ll call over in a minute” będzie oznaczać mniej więcej tyle co: „podejdę do Ciebie za minutę” (w domyśle: „bo jestem w tej chwili zajęty”). Z mojego językowego wyczucia wynika, że zwrot ten dotyczy raczej bliskich odległości i załatwiania jakichś „szybkich spraw” („podskoczę do Ciebie po młotek za 10 minut”); W przypadku np. dłuższych odwiedzin („wpadnę do Ciebie w sobotę na kawę”) bardziej by mi pasowało „drop in”, jeśli odwiedziny są celem samym w sobie, a „drop by” jeśli dzieje się to „przy okazji” („podejdę do Ciebie po zeszyt w drodze do szkoły”).

to bounce something off someone

Poradzić się kogoś, skonsultować się. Jeśli rozwiązuję problem i chcę skonsultować jego rozwiązanie z bardziej doświadczonym kolegą z pracy, to mogę go zapytać: „Are you free? I’d like to bounce that solution off you”. Spotkałem się niedawno ze spolszczonym „odbić coś od kogoś” („mam pomysł na rozwiązanie, ale nie jestem pewien paru rzeczy – mogę to od Ciebie odbić?”), ale brzmi mi to wyjątkowo dziwnie.

come to Jesus (meeting)

To nietypowe sformułowanie jest chyba najbliższe polskiemu „wylądować na dywaniku”. Ogólnie chodzi o jakieś ważne spotkanie mające na celu omówienie istotnej kwestii, często np. złego zachowania, ale nie koniecznie – słyszałem też ten zwrot używany w kontekście spotkań, na których musiały zapaść jakieś istotne decyzje (np. dwie osoby mające odmienne zdanie na kwestię rozwiązania problemu muszą się spotkać i zdecydować którą opcję wybierają – nie wyjdą ze spotkania dopóki tego nie zrobią).

choon

Piosenka, melodia, „nutka”. Pochodzi od „tune”, tylko jest zapisane tak jakby nieco bardziej fonetycznie (Irlandczyk wymówi „tune” bardziej jak „czun” niż „tjun”). Popularny zwrot: „give me a choon” – „podaj mi tytuł piosenki” (w domyśle: bo nie mam czego słuchać i nie mam pomysłu co wybrać).

savage

Wspaniale, cudownie, rewelacyjnie. Jeśli przekazujesz komuś jakieś dobre wieści, „that’s savage” to najlepsze co możesz usłyszeć.

sound

Fajnie, w porządku. To co wyżej, ale z mniejszym „ładunkiem emocjonalnym” (jeśli przyjmiemy, że „savage” to „rewelacyjnie”, to „sound” będzie znaczyć tyle, co „fajnie”). No i chyba to jednak mniej popularne słowo niż „savage”, ale jest z nim związany całkiem zabawny „suchar”:

– Who’s the coolest guy in the hospital?
– The ultrasound guy!

(kurtyna)

grand

To słowo ma dwa popularne znaczenia: to albo tysiąc („one grand” to 1000 EUR), albo jest to kolejne pozytywne określenie, ale już bardziej „zwyczajne”, coś jak „fajnie”, czy „dobrze” („that’s grand”, „he’s grand”). Używane także np. jako „nie ma problemu”: „you’re grand”.

to go for a pint

Pójść na piwo. Typowa szklanka do piwa ma pojemność 568 ml (1 pinta imperialna, pol. półkwarta), stąd zwrot – nikt tu nie „chodzi na piwo”. Można co najwyżej „grab a beer”, ale to i tak rzadko spotykane określenie: „pint” to jedyne słuszne określenie.

Coś źle wyjaśniłem? O czymś zapomniałem? Dajcie znać! :-)

 

Czytaj dalej